Mało kto pamięta, że niedawno, czyli 40, 30 czy 20 lat temu (to tylko jedna klasa wieku w lesie), każdy leśnik dostawał służbowe mieszkanie jako „równoważnik” za lichą pensję. Leśniczówka dla pracownika kiedyś administracji LP, potem służby leśnej, czy osada służbowa dla pracownika biura, kierowcy lub drwala, były zachętą i bonusem za słabo opłacaną pracę w LP.
Nadleśnictwa wtedy w zasadzie nie remontowały licznych osad i trzeba było samemu dbać latami o tę „swoją” chałupę. Czasami „dobry nadleśniczy” dał kilka puszek farby lub „kwit na drzewo” czy parę kilo gwoździ, gdy trzeba było ogrodzić osadę i pobliski deputat rolny. Kawałek ziemi i zwierzęta hodowane wokół leśniczówki oraz te leśne, strzelane z dubeltówki, bywało służbowej, pozwalały jakoś żyć w leśnych osadach. Mieszkańcy leśniczówki latami dbali o nią jak o swój dom, inwestowali ogrom pracy, ale też spore środki finansowe. Najczęściej nie było łatwo, ale było poczucie stabilności, jakie dawał ten leśny dom. Nikt nie zastanawiał się nad pisemną umową, nie wnikał, czy jest to umowa najmu, użyczenia lub inna. Do emerytury były wtedy prawie wieki, zatem też nie zastanawiano się nad możliwością wykupu. Było wzajemne zaufanie, poczucie silnego związku z państwową firmą, choć było dość biednie.
Trudne to były czasy…
W 1985 r. jako młody podleśniczy z żoną i córką na utrzymaniu zarabiałem miesięcznie ok. 6 tys. zł, a pamiętny dla wielu telewizor „prawie kolorowy” marki Rubin „made in ZSRR” kosztował wtedy ok. 26 tys. zł, czyli ponad cztery miesięczne pensje. No ale po co młodemu leśnikowi telewizor? Potem był czas szalonej inflacji i też było biednie, czasem nawet bardzo. Do lasu jeździłem rowerem lub stale psującym się motorowerem, a po południu, gdy skończyłem wspólnie z młodą żoną kubikowanie zapisów z brulionu odbiórki drewna i napisałem, z użyciem pożółkłych druków i kalki, wykazy odbiorcze, zajmowałem się hodowlą drobiu i 2–3 świń na własny użytek. Z oczekiwanym przez wielu wstydem wyznaję, że nie byłem i nie jestem wegetarianinem, choć leśne owoce, grzyby i zioła także lubię. Aby przeżyć i utrzymać rodzinę, trzeba było dorabiać, a mieszkanie na szczęście nie było kosztowne. Wielu leśników miało krowy, konie i zajmowało się rolnictwem. Przy leśniczówkach i osadach leśnych do dziś często stoją, obecnie nikomu niepotrzebne, wielkie stodoły i budynki inwentarskie. Żony leśników najczęściej nie pracowały, bo nie było łatwo dojechać do jakiejkolwiek pracy z porozsiewanych po lesie osad. Wychowywały dzieci, które często wzrastając w lesie, także wybierały leśną drogę. Członkowie rodziny pomagali zatem leśniczym w jego pracy: w wykonywaniu szacunków brakarskich, odbiórkach drewna, jesiennych poszukiwaniach i obserwacji szkodników owadzich. Żony często malowały szkice upraw i szkice zrębowe, dbały o estetyczne segregatory, pomagały w licznej dokumentacji, odbierały całodobowe telefony. Czasem miały wiedzę i umiejętności prawie dorównujące kompetencjom etatowego leśnika i predyspozycje opisane w pewnej dość poczytnej rubryce o leśniczym Zdzisiu i jego żonie, rosłej, postawnej Kaszubce…
Dlatego wtedy osada służbowa czy leśniczówka dla leśniczego były zarówno lepem dla młodych ludzi, jak i smyczą, która trzymała ich na ciągłej służbie. Czasem pojawia się tu powiedzenie o psie i budzie. Wszystko dawniej było państwowe, nikt nie troskał się o podatki i inne obciążenia i raczej nie myślał o przyszłości, a nadleśnictwa budowały przecież bloki dla emerytów. Wszyscy byli przekonani, że Lasy Państwowe nie skrzywdzą nikogo ze swoich ludzi, a w najgorszym razie zaproponują staremu leśnikowi wygodniejsze dla niego życie w bloku, bliżej cywilizacji… Młodych kusiła romantyzmem leśniczówka w leśnej głuszy, okolona malwami, gdzie cierpliwa żona czeka na powrót męża z lasu. Czasem znajdowała się ona na leśnym osiedlu, na skraju wioski lub na drugim piętrze bloku w małym mieście. Bo leśniczówki były i są przeróżne, mniej lub bardziej atrakcyjne, ale ich przydzielenie przez nadleśniczego zwykle wiązało się z obowiązkiem mieszkania leśniczego w miejscu pracy.
Strażnicy lasu 24/7
Pytanie: po co budowano leśniczówki w leśnej głuszy, otoczone tzw. gruntami ekonomicznymi? Odpowiedź: po to, aby leśniczy tam tkwił do emerytury, nieustannie strzegąc lasu przed wszelkimi zagrożeniami, kontrolując dawniej konne furmanki, a potem piękne, błyszczące lakierem wielkie samochody z drewnem, oczywiście nie zważając na 40-godzinny tydzień pracy. Większość bezpłatnych użytkowników (nie najemców) leśniczówek to dziś 40, 50 lub 60-latkowie, czyli dojrzali, myślący i odpowiedzialni ludzie. Dlatego z niepokojem patrzą w przyszłość. Spora grupa leśniczych, którzy ku uciesze absolwentów szkół leśnych zbliżają się do wieku przeszłorębnego, czyli emerytalnego, niestrudzenie gania po lesie od samochodu z papierówką do zrębu czekającego na odbiórkę. Wypełniają miliony tabelek, wyznaczają rezerwaty i starolasy, realizują zadania państwowej służby dla lasu i dla ludzi. Ufając w stabilność państwowego pracodawcy, nie wybudowali lub nie kupili sobie miejsca na starość, bo liczyli nie na bonus, lecz ekwiwalent za tyle lat służby i troski o państwowe mienie. Myśleli, że pozostaną w leśniczówce, może z synem lub córką – też leśnikiem? Ze zdumieniem, a nawet przerażeniem, czytają kolejne, zmieniające się interpretacje dotyczące prawa do mieszkania w tzw. bezpłatnie użyczonych leśniczówkach. Współmałżonkowie leśniczych zostali pozbawieni możliwości zakupu leśniczówek z bonifikatą, natomiast wielu leśników od już bardzo wielu lat ma wciąż nierozwiązany problem mieszkaniowy. Wiemy, że ten trudny temat potrafiły uporządkować i rozwiązać Państwowe Gospodarstwa Rolne, czyli „pegeery”, gminy, kolejarze, wojskowi i inni. A co może być ważniejsze od bezpieczeństwa, którego poczucie daje dom?
Płonne nadzieje
Leśniczowie z nadzieją czekali wiele lat na wyniki konferencji mieszkaniowej w Łagowie (było to ponad 10 lat temu) i innych uzgodnień. Potem były wciąż inne pomysły, m.in. miało powstać tanie budownictwo jednorodzinne z drewna, które przekształciło się w pomysł spółki Domy Drewniane. Szczegóły w raporcie NIK…
Niezależnie od wieku i stażu pracy wszyscy są zainteresowani tzw. polityką mieszkaniową LP, której zawiłe zasady od lat ustalają kolejne zespoły. Liczba mieszkań w zasobach LP z ponad 40 tys. stopniała do ok. 7 tys. Osady wykupili różni ludzie, często luźno związani z lasami. To, co pozostało, to głównie mieszkania leśniczych i podleśniczych. Las jest wprawdzie naszym domem, ale gdzieś trzeba z rodziną mieszkać. Teraz, gdy pracujemy, i później, gdy uda się dożyć upragnionej emerytury. Wszyscy mieszkający w leśnych chałupach, poza leśniczymi i nadleśniczymi, mają już tę sprawę w zasadzie uregulowaną. Rozstrzygnął ją swoim podpisem ówczesny minister, obecnie znany senator Stanisław Gawłowski, który 17 grudnia 2009 r. podpisał akt prawny dotyczący sprzedaży „leśnych” mieszkań. Dobrze pamiętamy, że tak nazywano wtedy to ministerialne rozporządzenie. Szczególnie dobrze pamiętają je leśnicy, którzy od tego czasu płacą wysoki czynsz za mieszkanie w nieremontowanej leśnej chałupie. Niektórzy porzucili nadzieję i poszli „na swoje”, inni wciąż liczą, że nabędą je na własność w najbliższym czasie. Mają umowę najmu, być może zabezpieczającą mieszkanie im i rodzinom. Jednak kolejne interpretacje ustawowych zapisów i zapowiedzi zmian nie napawają optymizmem. Leśniczowie, którzy użytkują leśniczówki na czas służby, czyli do 65. roku życia, zostali już pozbawieni złudzeń, że za jej opuszczenie dostaną odprawy pieniężne albo mieszkania zamienne, bo niebawem mieszkań w zasobach LP nie będzie… Wiedzą, że gdy zachorują lub trafią w kwiecie wieku do krainy wiecznych łowów, ich rodziny mają trzy miesiące na rozstanie z leśniczówką. Gdy w jesieni życia dotrwają do emerytury – zostanie im pół roku. A przecież nie przesadza się starych drzew…
Czy doczekamy rozwiązania?
Media podsycają temat, publikując sensacyjne doniesienia o bonusach dla pracowników, czyli wykupie za bezcen leśniczówek. Mam już blisko 42 lata pracy w Lasach Państwowych, jednak nie chciałbym spędzić jesieni życia w leśniczówce położonej w leśnej głuszy z dala od ludzi, instytucji, sklepów i lekarza. Po co starszemu człowiekowi 150 m mieszkania o wysokości 3,55 m, które wymaga przygotowania na zimę 40 mp twardego opału? Nie wspominam o odśnieżaniu, koszeniu trawy i troski o zwykle rozległe otoczenie leśniczówki. Po co żonie leśniczego, która nie jest rosłą i postawną Kaszubką, a niedużą Lubuszanką, 15 okien do mycia, a każde okno ma sporo ponad 2 m wysokości? No i ten najważniejszy obecnie dylemat nadleśniczych: jak i za co wymienić kopciuch w leśniczówce na ekologiczne źródło ciepła minimum klasy 5? Są wprawdzie na internetowych portalach oferty zakupu tabliczek znamionowych na kocioł spełniających te wymagania, ale chyba trzeba to rozwiązać inaczej, w prawdziwej ambasadzie LP, jaką według niektórych jest leśniczówka? Od słynnej konferencji w Łagowie w zasadzie niewiele się zmieniło w problemach mieszkaniowych szczególnie „borowych leśników”. Brak konsekwencji i nieustanne zmiany w podejściu leśnych władz do tego tematu, a przy tym ciągłe doniesienia medialne na temat niby bonusowej sprzedaży leśniczówek nie pomagają w rozwiązaniu tego nabrzmiałego problemu. Pozostaje nam jednak wiara, że problem zniknie przez właściwe jego rozwiązanie.

