Przeczytasz w 19 minut

Pół wieku w służbie królowej nauk

Fot. Arch. Henryki Wiśniewskiej
Prof. Henryka Wiśniewska

Warcino to miejsce pełne historii. Dzieje Europy kreślił tu Otto von Bismarck. Historia polskiego leśnictwa jest tu pisana od 80 lat tysiącami piór uczniów i kredą nauczycieli. Jedna z najbogatszych kart w tym zbiorze została zapisana przez prof. Henrykę Wiśniewską – nauczycielkę matematyki, która przy tablicy Technikum Leśnego w Warcinie przepracowała 47 lat.

Jubileusz 80-lecia Technikum Leśnego w Warcinie

Absolwenci, uczniowie, nauczyciele i pracownicy TL w Warcinie im. prof. Stanisława Sokołowskiego spotkają się 26 i 27 czerwca 2026 r.,  by wspólnie celebrować wyjątkowy jubileusz. Poza uroczystymi urodzinami szkoły odbędzie się tam także wielki Zjazd Absolwentów.

Jak to się stało, że matematyka stała się pani drogą życiową? W którym momencie pojawiła się myśl: „chcę być nauczycielką”?

Mówiąc o początku drogi, zacznę od szkoły podstawowej i mojej nauczycielki – Ireny Pajdosz. Kiedy trafiłam do pierwszej klasy, już po dwóch tygodniach nauki pani Pajdosz przeniosła mnie do drugiej klasy. Po szkole podstawowej ukończyłam czteroletnie liceum ogólnokształcące w Miastku, więc maturę uzyskałam w wieku 17 lat. Kolejnym krokiem było dwuletnie studium nauczycielskie ze specjalizacją matematyka z fizyką w Słupsku. Jako 19-latka w 1966 r. podjęłam pracę w Szkole Podstawowej w Warcinie i w niewielkim wymiarze w Technikum Leśnym w Warcinie, jako „dochodząca z bratniej szkoły”. Tak nazywał moją rolę Dyrektor Technikum Leśnego inż. Wojciech Zieliński, który zachęcił mnie do pracy w TL i który również uczył matematyki. Po dwóch latach „dochodzenia” zostałam zatrudniona w pełnym wymiarze godzin.

To, że zaczęłam studiować matematykę, było właściwie przypadkiem. Moi rodzice chcieli, żebym została dentystką, ale ostatecznie wybrałam inną drogę. Jako uczennica bardzo lubiłam język polski. Starałam się ładnie pisać, nie robiłam błędów. Kiedy poszłam na studium nauczycielskie, wybrałam sobie filologię rosyjską, ale już na pierwszych zajęciach zauważyłam, że cała grupa mówi szybko i biegle po rosyjsku, a do tego zaczęto nas uczyć historii po rosyjsku, co nie bardzo lubiłam. Na szczęście spotkałam koleżankę, która powiedziała do mnie: „Ojej, ja jestem na matematyce i ja tu nie wytrzymam, ja tu nie dam rady”. Zaproponowałam, abyśmy się zamieniły, co bardzo ją ucieszyło. I w ten sposób, zupełnym przypadkiem, weszłam w świat matematyki, w którym zostałam na całe życie. Już jako nauczycielka poświęcałam bardzo dużo czasu na przygotowanie się do każdej lekcji. Korzystając z różnych podręczników, dobierałam takie przykłady i sposoby rozwiązywania zadań, które ułatwiały uczniom zrozumienie. Równocześnie zdałam egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku; studiowałam zaocznie. W trakcie mojej nauki uczelnia zmieniła nazwę na Uniwersytet Gdański, a ja w 1972 r. uzyskałam tytuł magistra matematyki na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii UG.

Prof. H. Wiśniewska wśród absolwentów

Jak wyglądały pani początki w szkole w roli nauczycielki? Jak wspomina pani swoją pierwszą lekcję i emocje, które temu towarzyszyły?

Pierwsze lekcje bardzo przeżywałam. Już samo wejście do klasy pełnej młodych, umundurowanych mężczyzn robiło ogromne wrażenie. Bardzo emocjonalnie przeżyłam również moją pierwszą radę pedagogiczną w sali kominkowej w pałacu [budynek TL w Warcinie to zabytkowy pałac z XVII w., przyp. red.]. Dostojni, poważnie wyglądający profesorowie, a wśród nich młoda, nieśmiała dziewczyna. Panowie profesorowie okazali się jednak bardzo sympatyczni, pełni humoru i życzliwości. Dla moich ówczesnych uczniów to również była niecodzienna sytuacja, że uczy ich niemal rówieśniczka. Ta sytuacja stanowiła przestrzeń do wielu żartów, ale z czasem ustąpiły one miejsca poważniejszym zagadnieniom matematycznym. Dobrze pamiętam jeden z psikusów, który dla mnie przygotowali uczniowie. Dyżurny w klasie zawsze dbał, aby przed lekcją tablica była wytarta, a kreda przygotowana. Pewnego razu weszłam do sali i zauważyłam, że kreda leży wysoko nad tablicą. Do pracy chodziłam w mini sukienkach, więc powód zawędrowania kredy tak wysoko od razu stał się jasny. Szybko się jednak zreflektowałam i poprosiłam dyżurnego, aby podał mi kredę. Nigdy też nie pozwalałam na hałaśliwe zachowania w czasie lekcji. Absolwenci często wspominają, że na moich lekcjach było słychać nawet przelatującą muchę. Jako młoda nauczycielka miałam również obowiązek pisania konspektów lekcji. Taki konspekt zawierał temat, cele i metody zakładane do realizacji na daną lekcję, sprawdzenie pracy domowej i odpytanie uczniów. Byliśmy wizytowani przez dyrektorów. Ja zawsze starałam się mówić do uczniów spokojnie i cierpliwie wszystko tłumaczyć, budując atmosferę wzajemnej życzliwości. W matematyce, tak samo jak w innych dziedzinach, ważna jest umiejętność precyzyjnego formułowania myśli, systematyczność i dokładność. Wymagałam więc starannego wykonywania zadań, zwracając uwagę również na czytelność pisma i ortografię. Czytelnie narysowany rysunek (wykres) znacznie ułatwia rozwiązanie zadania. Odpytywanie uczniów na początku lekcji i sprawdzenie prac domowych – tego nigdy nie lubiłam, ale było to konieczne, by „zmusić” uczniów do nauki. Zawsze kierowałam się zasadą: „Nie sprawdzasz pracy domowej, to jej nie zadawaj”. W sali matematycznej lubiłam wieszać (i komentować) hasła, takie jak: „W matematyce nie ma drogi specjalnie dla królów”, „Nie boję się, bo wszystko wiem” czy „W świecie harmonii i liczb nie masz kłamstwa”. To ostatnie hasło jest szczególne, ponieważ matematyka i muzyka mają wiele wspólnego. Na koncertach w filharmonii, w których chętnie uczestniczymy z mężem, występuje wielu artystów, którzy z wykształcenia są zarówno muzykami, jak i matematykami.

Sadzenie lasu

Przez ponad 40 lat była pani świadkiem ogromnych zmian, które zachodziły zarówno w całej oświacie, jak i w murach TL w Warcinie. Była pani również wychowawczynią wielu uczniów i uczennic. Jak zmieniała się szkoła na przestrzeni tych dekad, zarówno w kwestii sposobów nauczania, jak i podejścia nauczycieli do uczniów? Czy jacyś uczniowie szczególnie zapadli pani w pamięć?

W matematyce od zawsze był nacisk na praktyczne umiejętności, nie tylko na teorię, aczkolwiek znajomość podstawowych wzorów według mnie jest niezbędna. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie udostępnienie uczniom od pewnego czasu tablic ze wzorami na maturze. Choć zasadniczo można to wytłumaczyć tym, że ważniejsza jest umiejętność wykorzystania wzorów i logiczne myślenie, niż samo zapamiętywanie. Nigdy nie lubiłam stawiać ocen niedostatecznych, choć była to konieczność. Kiedy uczeń zdobywał ocenę dobrą lub bardzo dobrą, bardzo się cieszyłam.
Od zawsze z zapałem przekazywałam moim uczniom wiedzę matematyczną nie tylko na lekcjach, ale też popołudniami. Zdobyte w technikum umiejętności matematyczne przydawały im się później na maturach, na egzaminach wstępnych na studia, na konkursach matematycznych czy na samych studiach. Moi uczniowie wielokrotnie odnosili matematyczne sukcesy, zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia. Wymienię tu nazwiska uczniów, którzy dwukrotnie zdobyli pierwsze miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Matematycznym Szkół Leśnych w Brynku w 2002 roku. Byli to Mateusz Szarkowski, Wojtek Michalczyk i Tomek Graj. W 2003 r. powtórzyli swój sukces w Warcinie. Drugie miejsce zdobyli Radek Chrim, Mikołaj Górski i Maksymilian Szostak – wówczas uczniowie klasy II, mając za przeciwników maturzystów z innych szkół leśnych. W każdej klasie miałam bardzo zdolnych, wspaniałych uczniów, których talent i pracowitość podziwiałam. Jestem bardzo wdzięczna, że mogłam z nimi pracować.

Egzamin dojrzałości z matematyki -…
Egzamin maturalny – 1982 r.
Egzamin maturalny z matematyki -…
Egzamin maturalny – 1984 r.

Co najbardziej fascynowało panią w matematyce przez te wszystkie lata? Sam z prowadzonych przez panią lekcji dobrze pamiętam, że zadania, z którymi zmagaliśmy się przez dłuższy czas, od razu stawały się proste, kiedy udzielała nam pani wskazówek i podpowiedzi. Jakie uczucia pani towarzyszyły, kiedy stawało się jasne, że uczeń nagle zrozumiał?

Matematyka jest nauką ścisłą, wymagającą systematyczności i logicznego myślenia. Jeśli uczeń uważa na lekcji, co jest bardzo ważne, to wykona w domu samodzielnie podobne zadanie, a to z kolei utrwali mu tę wiedzę, czego efektem będzie, że polubi matematykę. Będzie zadowolony ze swojego sukcesu. Innej drogi chyba nie ma. Cieszyło mnie, gdy widziałam, że uczniowie naprawdę rozumieją materiał. Gdy pozna się reguły i nabierze biegłości, to okazuje się, że matematyka jest łatwa. Niektóre zadania można rozwiązać na wiele sposobów, a wyobraźnia uczniów nie raz bywała zaskakująca. Bardzo ich za to podziwiałam. Wspomnę tu jedną z moich uczennic – Anię. Miała ogromne problemy z matematyką, praktycznie nic nie wiedziała, a ja nie chciałam jej zostawić w klasie, aby powtarzała rok. Mówiłam jej wielokrotnie – ucz się, Aniu. Ale Ania się nie uczyła i chyba już pogodziła się z faktem, że zostanie w tej samej klasie na drugi rok. Na jednej z naszych lekcji powiedziałam jej: „Aniu, jutro zapytam cię z całek”. Kiedy rok temu z nią rozmawiałam, opowiedziała mi, że wówczas wpadła niemal w jakiś amok, pobiegła do chłopaków i powiedziała: „Mówcie mi zaraz, co to są te całki”. Koledzy ją tak wyszkolili, że na kolejnej lekcji przy całej klasie Ania stanęła przy tablicy i bez problemu poradziła sobie z całką, którą jej dałam do rozwiązania. I dzięki temu zdała. Była mi później niesamowicie wdzięczna za tę szansę. Zawsze starałam się pomagać uczniom, kiedy tylko chciało im się postarać. Wiele razy słyszałam również od absolwentów, którzy kontynuowali naukę na studiach leśnych i tam zmagali się z nieco trudniejszą matematyką: „Czemu ja nie uważałem na pani lekcjach, pani profesor, kiedy pani tłumaczyła te wszystkie funkcje, całki i pochodne?”.

Jak z perspektywy ogromnego doświadczenia zawodowego mogłaby pani określić największe wyzwania w pracy pedagogicznej? Jak to wyglądało na przestrzeni lat? Jaki jest przepis na bycie dobrym wychowawcą i pedagogiem? Czego jako nauczyciel nauczyła się pani od uczniów?

Dobry nauczyciel oprócz wiedzy powinien być cierpliwym, sprawiedliwym i wyrozumiałym człowiekiem. Powinien wysłuchać uczniów, doradzić, zainspirować i dostosować tempo lekcji do możliwości klasy. Nie wyśmiewa się uczniów, lecz ich wspiera. Doradza im. Z kolei dla nauczyciela lekcja bywa nauką cierpliwości i poczucia humoru, a także nowych  technologii i kreatywności uczniowskiej, zwłaszcza na sprawdzianach. Trudne momenty w tej pracy najczęściej występują, gdy pomimo wysiłków ze strony nauczyciela uczniowie nie zawsze zapracują na pozytywne oceny. Dużym problemem, który kiedyś nie występował, jest stale narastająca, coraz bardziej roszczeniowa postawa części rodziców. W takich przypadkach niekiedy jest bardzo trudno osiągnąć kompromis zadowalający wszystkie strony.

Prof. H Wiśniewska i Józef Bułat – Studniówka – 05.02.1977 r.

Wróćmy jeszcze na chwilę do dawnych lat. Historię naszego technikum w dużej mierze napisali uczniowie, którzy uczyli się w szkole w minionych dekadach. Czasem ta nauka przypadała na szczególne okresy w historii naszego kraju. Jak wyglądała szkoła i nauczanie w Warcinie w okresie głośnych strajków uczniowskich w czasach PRL?

Strajk uczniowski wybuchł w okresie Święta Zmarłych. Były to lata 80. ub. wieku. Uczniowie nie pojechali do domów, więc w szkole pojawili się również ich rodzice. Uczniowie chcieli wykrzyczeć swoje żale i to było powodem tej sytuacji. Uważam, że mieli sporo racji, bo byli niegodnie traktowani i przymuszani do zbędnych prac przez kadrę wychowawców w internacie. Ówczesny dyrektor szkoły zagroził strajkującym, że odpłaci im się na maturze. Kiedy moi uczniowie przyszli do mnie, bojąc się tej sytuacji, powiedziałam im: „Spokojnie, ja też tam będę”. To rozładowało nieco napiętą atmosferę. W efekcie strajku, po długich rozmowach rodziców i młodzieży z przedstawicielami władz, doszło do odwołania kierownictwa szkoły i internatu. Miała też miejsce taka sytuacja, że jedna z nauczycielek, która uczyła języka polskiego, bardzo gnębiła moich chłopaków, których byłam  wychowawczynią. Uczniowie nie wiedzieli, o co chodzi, przyszli więc do mnie po pomoc. Powiedziałam im wtedy: „Ja w tamtej klasie (klasie polonistki) też uczę matematyki”. Tyle powiedziałam, nic więcej. Moje słowa błyskawicznie rozeszły się między uczniami i problem zniknął.

Każdy uczeń, który kilka lat życia spędził na warcińskiej polanie – bez względu na to, z którego był rocznika – wspominając czasy szkolne, ma bardzo silne poczucie wspólnoty, która mu towarzyszyła. Wspólnoty leśników, wspólnoty uczniów – innymi słowy wspólnoty warcińskiej szkoły. Wiele przyjaźni z tamtych lat przetrwało próbę czasu i łączy warciniaków do dziś. Sam mam bardzo dobry kontakt z kilkoma kolegami ze szkoły. To poczucie wspólnoty budowało wyjątkową atmosferę naszego technikum. Jak w pani ocenie zmieniały się relacje w gronie pedagogicznym i wśród uczniów na przestrzeni lat?

Bardzo integrujące młodzież były wszystkie prace gospodarcze i porządkowe. Uczniowie dbali o cały kompleks pałacu i parku. Kadra nauczycielska była stała, niemal wszyscy mieszkaliśmy na miejscu, w Warcinie. Bardzo dobrze się znaliśmy i uczniowie nas znali. Obecnie wygląda to inaczej. Nauczyciele dość często się zmieniają, a uczniowie nie wykonują dodatkowych prac.

Doskonale pamiętam sytuację, kiedy w pierwszej klasie (ponad 20 lat temu) późną jesienią całym rocznikiem (jako trzy klasy pierwsze) grabiliśmy liście, szykując otoczenie pałacu i internatu na przyjazd rodziców na wywiadówkę. Wygrabiliśmy wiele przyczep liści, wszystkie ścieżki wokół pałacu i w „botaniku” (ogrodzie botanicznym znajdującym się przy szkole) były pięknie przygotowane. Kiedy obudziliśmy się kolejnego dnia rano, okazało się, że spadł śnieg. Nasza praca może przeszła niezauważona, ale dobre wspomnienia pozostały do dziś.

Dokładnie tak. Wspólna praca bardzo łączy i integruje. Przebywanie przez 4–5 lat w szkole sprzyja zawiązywaniu się przyjaźni. Jako przykład przywołam tu moją klasę, której byłam wychowawcą w latach 1974–79. To była pierwsza moja klasa. Nie zliczę, ile już zorganizowali spotkań. Najczęściej organizował je Mietek Gołuński – obecny burmistrz Kartuz. Nasze spotkania trwały zwykle 2–3 dni i były połączone z wycieczkami do ciekawych miejsc. W ostatnich latach w naszym technikum odbyło się wiele zjazdów klasowych. Na większości z nich byliśmy wraz z mężem obecni. Jedna z klas świętowała tu w szkole 50 lat od matury. Z rozpoznaniem się był niekiedy wielki kłopot. Absolwenci bardzo często wspominają wiele historii i ciekawych sytuacji, które miały miejsce w ich czasach. Ja sama w przedostatniej klasie (IV), jako wychowawca, organizowałam tygodniowe wycieczki szkolne dla moich uczniów. Jeździliśmy do Warszawy, Krakowa, Zakopanego. Była to bardzo dobra okazja, bym lepiej poznała swoich wychowanków, a i oni poznawali siebie. Chęć spotkań klasowych, przyjaźnie, które łączą Warciniaków, są budujące. Świadczą o dobrej atmosferze podczas nauki w murach naszego technikum. Absolwenci, moi wychowankowie, wspominają czasem historię, kiedy niemal cała klasa była bardzo słaba z matematyki. Nic się nie uczyli i nazbierali sporo dwójek. A zbliżał się czas wystawiania ocen. Pewnego razu któryś z uczniów dorwał się do dziennika i podostawiał wielu osobom trójki. Dotarła do nich jednak refleksja, że to bardzo poważna sprawa i mogą ich za to wszystkich wyrzucić ze szkoły. Weszłam do klasy, otworzyłam dziennik. Patrzę i mówię: „O – ile trójek. I niech tak zostanie, bo na więcej nie umiecie”. Nie powinnam tego zrobić, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że tego nie pamiętam. Pamiętam za to humorystyczne chwile, kiedy rodzice przywozili na przykład przyszłego ucznia pierwszej klasy do internatu i mówili: „Jak go tutaj nie wychowają, to nic z niego nie będzie”.

Klasa rocznika 1974-1979 z wychowawcą…
Klasa rocznika 1984-1989 z prof….
Wigilia 1992 roku – Prof….

Jest pani jedną z osób, bez której wielu z nas – absolwentów – nie wyobraża sobie Technikum Leśnego w Warcinie. Swoją pracą zawodową i godzinami spędzonymi przy tablicy pisała pani historię szkoły, która wypuściła w świat tysiące leśników. 80 lat Technikum Leśnego w Warcinie to dobra okazja nie tylko do refleksji, lecz także do podsumowań. Jaką szkołę ma pani w pamięci, wspominając czasy swojej aktywności zawodowej, a jaką szkołę widzi dziś? Jak wiele pani zdaniem się zmieniło i jak oceniłaby pani te zmiany?

Dziękuję za docenienie mojej roli w Technikum Leśnym w Warcinie. W szkole zawsze pracowałam z chęcią i zapałem. Fakt, że przepracowałam tyle lat (a nie musiałam), świadczy o tym, jak bardzo byłam związana ze szkołą i z uczniami. Pracowałam z przyjemnością. Gdy odchodziłam na emeryturę w 2013 r., uczniowie byli zawiedzeni, ale młodzi nauczyciele czekali na pracę. To był powód mojego odejścia. Z pewnością godnie teraz reprezentują szkołę. Życzę im wspaniałych sukcesów. Absolwenci odwiedzający szkołę od wielu lat powtarzają: „tu jest magicznie”. Też tak uważam. Ta magia przyciąga. Ta magia łączy. Spacery wokół szkoły przywołują magiczne wspomnienia. Czasem zaglądam do wnętrza pałacu z ogromną wdzięcznością, że pracowałam właśnie tutaj.

Co po tych wszystkich latach jest dla pani najważniejszym wspomnieniem? Czy gdyby można było cofać czas, wybrałaby pani tę drogę zawodową ponownie? Czego życzyłaby pani szkole jubilatce na kolejne lata?

Każda chwila spędzona tutaj była dla mnie ważna. Mądrość, życzliwość, wdzięczność absolwentów, wspaniałe koleżanki i koledzy nauczyciele. Przyjazna atmosfera w pokoju nauczycielskim. Po odejściu na emeryturę tego mi brakowało. Wybór mojej drogi zawodowej był udany. Z okazji jubileuszu 80-lecia szkoły życzę wszystkim absolwentom, obecnym i przyszłym uczniom oraz kadrze profesorów sukcesów osobistych i zawodowych. Życzę, by nasza szkoła stała się miejscem, do którego przychodzi się i wraca się z radością.

Gdyby mogła pani dać obecnemu uczniowi technikum jedną radę na całe życie, co chciałaby pani mu powiedzieć?

Pracuj systematycznie. Gdy potrzeba – proś o pomoc. Nauczyciela lub kolegę. Bądź wytrwały i ciesz się z każdego sukcesu. Bądź zawsze życzliwy i szanuj innych!

Prof. H. Wiśniewska i Wojciech Michalczyk w Ustce

Prof. Henryka Wiśniewska jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci warcińskiej szkoły leśnej. W rozmowie z nami wróciła do swoich pierwszych lekcji, wspominała uczniów, anegdoty i atmosferę, która przez lata tworzyła wyjątkowy klimat tego miejsca. A jak wspominają ja absolwenci?

Andrzej Pydych – emerytowany leśniczy szkółkarz Nadleśnictwa Czarne Człuchowskie, absolwent TL w Warcinie z rocznika 1971: Panią prof. Wiśniewską wspominam bardzo dobrze. Była zawsze elegancka, zawsze nam pomagała. Mieliśmy dość spartańskie warunki, mieszkaliśmy w pałacu, nie było jeszcze internatu, a w miejscu, gdzie obecnie internat się znajduje, był duży ogród. Uprawialiśmy tam kapustę, dynię i wiele innych warzyw. Życie toczyło się w pałacu. W piwnicach była stołówka, lekcje odbywały się na parterze, a spaliśmy w pokojach na piętrach. Kiedy byłem w pierwszej klasie, mieszkałem w sali, gdzie były 24 łóżka piętrowe i piece na węgiel, w których musieliśmy napalić. Pani profesor traktowała nas jak matka. To bardzo dobra i mądra kobieta. Przez te wszystkie lata po ukończeniu szkoły, zawsze dobrze ją wspominam.

Mieczysław Grzegorz Gołuński – burmistrz Kartuz, absolwent TL w Warcinie z rocznika 1979: Pani prof. Henryka Wiśniewska była moją nauczycielką matematyki oraz wychowawczynią w Technikum Leśnym w Warcinie. Doskonale pamiętam moment, kiedy przyszła do naszej klasy – młoda nauczycielka trafiła do typowo męskiej, mundurowej społeczności. Dla nas było to coś nowego, ale bardzo szybko zdobyła naszą sympatię i szacunek. Potrafiła uczyć matematyki w sposób wyjątkowy. Nawet trudne zagadnienia tłumaczyła tak, że każdy z nas był w stanie je zrozumieć i rozwiązać zadania, które wcześniej wydawały się bardzo skomplikowane. Dzięki temu nauczyliśmy się logicznego myślenia i dokładności. Myślę, że te umiejętności przydały mi się również w późniejszej pracy zawodowej i samorządowej. Dziś jako burmistrz Kartuz, odpowiadam za wielomilionowe budżety i podejmowanie ważnych decyzji, dlatego często wracam myślami do solidnych podstaw, które wyniosłem z lekcji matematyki. Prof. Wiśniewska była nie tylko wymagającą nauczycielką, lecz także bardzo dobrą wychowawczynią. Kiedy coś narozrabialiśmy, potrafiła stanąć po naszej stronie, wysłuchać nas i pokazać, że szanuje swoich uczniów. Mieliśmy poczucie, że naprawdę zależy jej na naszej klasie i na każdym z nas. Bardzo cenię także to, że mimo upływu prawie pięćdziesięciu lat wciąż utrzymujemy kontakt – zarówno z panią profesor, jak i z jej mężem, który uczył nas chemii. Spotykamy się podczas zjazdów klasowych i można powiedzieć, że przez lata zrodziła się między nami prawdziwa przyjaźń. To piękne wspomnienie i dowód na to, jak wielki wpływ nauczyciel może mieć na swoich uczniów, nawet po wielu latach.

Prof. dr hab. Tadeusz Moskalik – kierownik Katedry Użytkowania Lasu Instytutu Nauk Leśnych SGGW w Warszawie, absolwent TL w Warcinie z rocznika 1983: Wracając wspomnieniami do czasu mojej nauki w TL w Warcinie, do którego uczęszczałem w latach 1978–83, zawsze z szacunkiem i wdzięcznością odnoszę się do pani profesor Henryki Wiśniewskiej. Lekcje przez nią prowadzone cechowały się wysokim profesjonalizmem i skutecznością, co pozwoliło mi osiągać oceny bardzo dobre z matematyki nie tylko w szkole średniej, lecz także podczas studiów na Wydziale Leśnym SGGW w Warszawie. Wśród absolwentów technikum jest osobą wręcz kultową – z jednej strony wymagająca, z drugiej zaś bardzo życzliwa i sprawiedliwa. Potrafiła dostrzec wysiłek i zaangażowanie uczniów. Z perspektywy czasu uważam, że jest to postać o wyjątkowych kompetencjach pedagogiczno-wychowawczych, która znacząco przyczyniła się do rozwoju osobowości i postaw młodego pokolenia leśników.

Marek Wiśniewski – nadleśniczy Nadleśnictwa Trzebielino, absolwent TL w Warcinie z rocznika 1989: Kiedy byłem uczniem TL w Warcinie, moi rodzice pracowali w tej samej szkole jako nauczyciele. Mama uczyła matematyki, tata chemii. Dla kogoś z zewnątrz mogło to brzmieć dość szczególnie: uczeń siedzi w ławce, a przy tablicy staje mama albo tata. Dla mnie jednak szybko stało się to czymś zupełnie normalnym. Mieszkaliśmy w Warcinie, blisko pałacu, w którym mieściło się technikum. Szkoła była więc częścią codziennego krajobrazu: pałac, park, internat, koledzy na korytarzach i ten specyficzny klimat technikum leśnego. W klasie byłem po prostu Wiśniewski, czyli „Wiśnia”. Na mamę mówiono „Kalina”, na tatę „Kali”. Wszystko było po szkolnemu, po koleżeńsku, z dystansem, ale bez złośliwości. Oczywiście bycie „Wiśnią”, synem „Kaliny” i „Kalego”, budziło pewne nadzieje. Nasza klasa była wyłącznie męska, więc działały mechanizmy znane każdej chłopięcej społeczności: szybki wywiad, rozpoznanie przed sprawdzianem i próba zdobycia informacji, zanim pojawi się ona na tablicy. Pytania padały niby mimochodem: czy mama coś mówiła o klasówce, czy tata wspominał, kto będzie pytany, czy w domu nie przewinął się przypadkiem jakiś zakres materiału. Podchody prowadzili nie tylko koledzy z klasy. Pojawiali się też starsi uczniowie, którzy mieli więcej odwagi i mniej skrupułów w szkolnym rozpoznaniu. Czy miałem jakąś tajną wiedzę? Powiedzmy dyplomatycznie, że szkolne legendy najlepiej brzmią wtedy, gdy nie próbuje się ich do końca wyjaśniać. Po latach mama wspominała, że kiedy do odpowiedzi byłem wywoływany ja albo mój kolega Jacek Grygonis, którego rodzice także byli nauczycielami, skupienie klasy wyraźnie rosło. Dziś patrzę na to z uśmiechem i wiem, że bycie synem nauczycieli uczących w szkole, do której się chodzi, nie oznacza wielkich przywilejów. Owszem, gdy czegoś nie rozumiałem, miałem w domu darmowe korepetycje i najlepszą pomoc pod ręką. Ale przy tablicy trzeba było odpowiadać samemu, a spojrzenia kolegów potrafiły ważyć więcej niż sama ocena. Chcę podziękować rodzicom także za dobre nakierowanie. Mogłem wybrać inną drogę, choćby Pszczelą Wolę i pszczelarstwo. Ostatecznie wybrałem leśnictwo. Dobrze się w nim czuję, spełniam się i wiem, że była to moja droga.

Krzysztof Mroczkowski – nadleśniczy Nadleśnictwa Strzałowo, absolwent TL w Warcinie z rocznika 1998: Moja przygoda z matematyką w TL w Warcinie nie zaczęła się najlepiej. Już na drugiej lekcji po wakacjach, w drugiej klasie, zostałem wywołany do odpowiedzi jako pierwszy. Jak łatwo się domyślić, nie byłem przygotowany, co zakończyło się oceną niedostateczną. Ku mojemu zaskoczeniu, na kolejnej lekcji sytuacja się powtórzyła —
ponownie zostałem zapytany, choć nie spodziewałem się, że nauczycielka może odpytywać tę samą osobę na dwóch lekcjach z rzędu. Efekt był łatwy do przewidzenia: druga dwója w dzienniku. Tak rozpoczęte półrocze szybko doprowadziło mnie do trudnej sytuacji — pojawiło się zagrożenie oceną niedostateczną na koniec semestru. Matematyka stała się dla mnie źródłem dużego stresu, a każda kolejna lekcja budziła coraz większy niepokój. Przełom nastąpił w momencie, gdy zdecydowałem się na korepetycje u pani prof. Wiśniewskiej. Dzięki jej cierpliwości, zaangażowaniu i umiejętności tłumaczenia trudnych zagadnień w przystępny sposób, zacząłem rozumieć materiał, który wcześniej wydawał mi się nieosiągalny. Co więcej, z czasem matematyka przestała być dla mnie „wrogiem”– zacząłem ją rozumieć, a nawet lubić. Zdobyta wiedza i pewność siebie pozwoliły mi zdać egzamin maturalny z matematyki, a także pomyślnie przejść egzamin wstępny na Wydział Leśny SGGW w Warszawie, gdzie matematyka stanowiła jeden z obowiązkowych przedmiotów egzaminacyjnych. Patrząc z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć, że początkowe trudności były ważną lekcją życia, a wsparcie profesor Wiśniewskiej odegrało kluczową rolę w mojej edukacyjnej drodze.

prof. dr hab. Krzysztof Stereńczak – kierownik Zakładu Geomatyki Instytutu Badawczego Leśnictwa, absolwent TL w Warcinie z rocznika 2000: Lekcje matematyki z prof. Wiśniewską były istotnym elementem planu tygodniowego. Pani Henryka, z wrodzoną sobie życzliwością, witała nas uśmiechem, a potem, starannie i szczegółowo sprawdzała, co zapamiętaliśmy z wcześniejszych lekcji. Pamiętam, że pierwsze lekcje matematyki w technikum były dla mnie niemałym szokiem. Później okazało się, że pani profesor ceni sobie aktywność, więc korzystałem z tego. Co więcej, ocena z matematyki była ważna, bo pomagała (lub nie) także na innych przedmiotach. Lubiłem matematykę i duże zaangażowanie pani profesor. Po tych zajęciach czułem się pewnie na maturze i nie musiałem przygotowywać się do egzaminów wstępnych na SGGW w Warszawie. 

Wojciech Michalczyk – inżynier nadzoru Nadleśnictwa Barlinek, absolwent TL w Warcinie z rocznika 2004: W pałacu zimowym Bismarcka była taka sala, przed którą panowało napięcie, a po wejściu nie trzeba było szukać dyżurnego. Było ich kilku naraz, walczących o gąbkę do mycia tablicy, którą należało wypłukać w zlewie w toalecie. Kto pochwycił gąbkę znikał za drzwiami sali. Czasem trwało to tak długo, że pani prof. Henryka Wiśniewska wysyłała „ekipę ratunkową”. Początek lekcji to był również moment objawiania się szczególnych bóli i zasłabnięć uczniów, co wiązało się z koniecznością wizyty u pielęgniarki. Chory uczeń z reguły potrzebował asysty w drodze do gabinetu, a jako że wszyscy byliśmy wysoce empatyczni – chętnych nigdy nie brakowało. Te pierwsze 15 minut lekcji uczyło nas wybitnej kombinatoryki. Pani prof. Henryka z uśmiechem się temu przyglądała i wiedziała, że te wariacje z powtórzeniami skończą się jednym wynikiem – liczbą pierwszą. A całkiem już poważnie, chciałbym bardzo podziękować pani prof. Henryce Wiśniewskiej. Jest bardzo dobrym matematykiem i w mojej ocenie była świetną nauczycielką.