Skazani na kompromis

20 marca 2012 10:21 2012 Wersja do druku

Działania człowieka rodzą wiele negatywnych skutków dla lasów w sąsiedztwie miasta. Naszym celem jest ograniczanie tych skutków oraz budowanie wokół lasu konsensusu społecznego – mówi Robert Płaski, nadleśniczy Nadleśnictwa Kielce.



Nadleśnictwo Kielce należy chyba do czołówki nadleśnictw najbardziej „zakotwiczonych” w mieście.

Są aglomeracje, choćby śląskie, które pod tym względem znacznie nas dystansują. Na terenie 200-tysięcznych Kielc w granicach miasta znajduje się blisko 2000 ha lasów, a w bezpośrednim sąsiedztwie miasta kolejne 6000 ha lasów. Lasy okalają aglomerację i graniczą z nią na długości 70 km. Z tych liczb wynika, że dane jest nam przeżywać wszystkie problemy, jakie towarzyszą koegzystencji miasta i lasu.

Poważne są to problemy?

Otwartość lasu dla społeczeństwa jest wielkim osiągnięciem, które ma swoje skutki uboczne, jak naruszenia stanu posiadania czy szkodnictwo leśne. Skutki te są może tym większe u nas, gdyż lasy podkieleckie, położone na górzystych terenach, są bardzo atrakcyjne i przyciągają m.in. miłośników różnych sportów. Stale przybywa np. chętnych do budowy wyciągów narciarskich.

Co najbardziej daje się we znaki?

Rozwój sportów ekstremalnych. Nagminne są nielegalne wjazdy samochodów terenowych, quadów i motocykli krosowych, które powodują rozjeżdżanie dróg leśnych nie tylko w lasach znajdujących się w granicach miasta, ale także i w przyległych. Tego typu sporty są w jawnej kolizji z ochroną przyrody, a na terenie nadleśnictwa mamy dziesięć rezerwatów oraz znaczną część kompleksów objętych programem Natura 2000. Motorowe i samochodowe wyczyny kłócą się też z oczekiwaniami innych użytkowników lasu. Oburza to ludzi, którzy las w mieście traktują jako miejsce wypoczynku, niemal jak park, w którym poszukują ciszy i spokoju, a znajdują ryk silników.

Nadleśnictwo panuje nad tym żywiołem?

Jest to bardzo trudne. Realnie możemy go tylko ograniczać i to robimy, dzięki dobrej współpracy z policją i strażą miejską. Pewne efekty przynosi działalność edukacyjna prowadzona wspólnie z klubami motorowymi oraz organizacja rajdów motorowych, po to, by tego typu rekreację ujmować w pewne karby organizacyjne.

Jadąc do miasta od północy widać, jak podkieleckie lasy mocno cierpią z powodu przebudowy trasy S7.

Nie chodzi tylko o samą trasę, ale także o drogi doprowadzające i zjazdy, które nie tylko zabierają nam tereny leśne pod inwestycje, ale co gorsza, szatkują je na mniejsze kompleksy. Do tego dochodzą inwestycje infrastrukturalne: energetyczne, gazownicze, które, podobnie jak drogi, są bardzo pożądane, ale skutecznie burzą odwieczną strukturę lasu, niszcząc m.in. naturalne ciągi przemieszczania się zwierząt. Tym samym zmniejsza się areał żerowania, co zmusza zwierzynę do zagęszczenia populacji, w efekcie czego rosną szkody na skutek nadmiernego zgryzania drzewek przez jeleniowate.

Dodam, że wokół Kielc jest dużo kopalni materiałów mineralnych, które przy obecnym boomie budowlanym radykalnie zwiększyły wydobycie, tym samym wchodząc na niższe poziomy, co dodatkowo zaburza, już i tak nie najlepsze, stosunki wodne. Najdotkliwiej reaguje jodła – zaczyna się to od redukcji garnituru igieł, potem następuje przerzedzenie korony. Słowem – słabnie kondycja biologiczna drzewostanów, powodując z kolei uaktywnienie się szkodników, głównie mszyc.

W wielu regionach leśnicy narzekają na tzw. nowobogackich, którzy z willami wciskają się w las. Pan też ma z nimi kłopoty?

Trendem światowym jest to, że mieszkańcy zwłaszcza dużych aglomeracji emigrują poza miasto i za najbardziej atrakcyjne miejsce uznają bliskość lasu. Kto buduje się dziś, jutro chce mieć dobry dojazd, najlepiej asfaltowy. Gmina na ogół spełnia ten postulat, a po wykonaniu „asfaltówki” obniża nośność pojazdów do 8 ton. Bywa, że znacznie komplikuje to realizację zadań gospodarczych, np. jesteśmy pozbawiani możliwości wywozu drewna.

Sąsiedzi spazmatycznie reagują na dźwięk pilarki?

Dochodzi niekiedy do poważnych pretensji, że nie po to budowali się pod lasem, by za ich płotem wycinano drzewa. Ale wynika to głównie z niewiedzy tych ludzi. Musimy im tłumaczyć, że z powodu ich domów nie zostanie ograniczona gospodarka leśna, która przewiduje przecież pozyskiwanie drewna, kiedy drzewostan wchodzi w wiek rębny. Unikamy przy tym prowadzenia powierzchni rębniami zupełnymi.

Dopracował się Pan metod obrony przed takimi atakami?

Nawet zabiegi trzebieżowe nagłaśniamy w lokalnych mediach, by w ten sposób ograniczyć zbędne telefony do różnych instytucji, że oto „lasy są dewastowane”. Wysyłam też swoich specjalistów, by na miejscu objaśniali sąsiadom lasu, jaki jest cel naszych działań.

Zdarzają się naruszenia stanu posiadania lasów?

We wcześniejszych latach były przypadki nielegalnego wciskania różnego rodzaju zabudowań do lasu. Wspólnie z miastem wypracowaliśmy standardy współpracy, dzięki którym dziś nie jest to możliwe. Zdarza się, że ktoś chce postawić płot w naszej granicy czy nawet przesunąć go kilka metrów w głąb lasu. Na takie próby natychmiast reaguje nasza służba terenowa, która nie musi sięgać do map, gdyż granice leśne ma wypisane w pamięci.

Jak dobrze mieć sąsiada – głoszą słowa piosenki.

Dobrego tak, ale z pewnością nie takiego, który nagminnie wyrzuca śmieci przez płot do lasu. Swoje dokładają turyści i miejscowi przedsiębiorcy.

Dużo Pan wydaje na usuwanie śmieci?

Około kilkudziesięciu tysięcy złotych w ciągu roku. To i tak niska kwota, dzięki temu, że organizujemy dużo społecznych akcji sprzątania lasu. W sukurs przychodzą nam „zielone patrole”, złożone głównie z harcerzy, którzy lokalizują śmieci i z pomocą straży miejskiej zmuszają właścicieli działek – w tym leśnych – do ich usunięcia, kiedy sprawstwo jest ewidentne. Na utrzymanie lasu w perfekcyjnej czystości, bez pomocy społeczników, można byłoby wydawać każde pieniądze.

Sąsiedztwo miasta to różne możliwości zarabiania. Wpływa na destabilizację załóg zul, a tym samym wyższe ceny usług leśnych?

Nie obserwujemy takiej korelacji. Kadra zul jest stabilna i świadczy usługi po cenach porównywalnych z sąsiednimi nadleśnictwami. Kielecki rynek pracy jest daleki od eldorado. Przekwalifikowanie się pracownika leśnego na inną profesję wbrew pozorom nie jest proste.

Zarządca lasów krajowych w Berlinie inkasuje od przedsiębiorstw wodociągowych 20 mln euro rocznie za lokalizację ujęć na terenach leśnych. W niektórych krajach płaci się za edukacje leśną. Myślał Pan kiedykolwiek o takich rozwiązaniach?

Las daje miastu wiele dóbr. Mam na myśli absorpcję CO2, rezerwuary wody itp. Tu i ówdzie mówi się, że dobra te powinny mieć jakąś cenę, co wymagałoby stworzenia formuły prawnej, pozwalającej na inkasowanie odpłatności. Musielibyśmy jednak zmienić filozofię relacji las – społeczeństwo. A przecież broniąc pańs-twowego statusu lasów, używamy – jako koronnego argumentu – tego, że społeczeństwo ma bezpłatny dostęp do wszelkich dóbr leśnych. Pobranie nawet jednej złotówki za wstęp do lasu zmienia w sposób istotny utrwaloną od pokoleń, a w ostatnich latach mocno wypro-mowaną, ideę powszechnej dostępności lasów dla społeczeństwa.

Leśnik pracujący w mieście powinien zarabiać tak samo jak w głuszy, gdzie koszty utrzymania są nieporównywalnie mniejsze?

Kiedyś pracowałem w nadleśnictwie „terenowym”, a dziś w nadleśnictwie niejako miejskim. Trudno jednoznacznie powiedzieć, gdzie jest lepiej. W mieście jest więcej sytuacji konfliktowych i życie droższe , a w „terenie” wozi się dzieci do szkoły po kilka kilometrów w jedną stronę, co też kosztuje. Są leśnicy, którzy wolą żyć obok miasta, są również tacy, co kochają „teren”, a owe preferencje zależą od indywidualnych predyspozycji. Po to nadleśniczowie mają rozeznanie i kompetencje w zakresie stanowienia płac, by decydowali komu, gdzie i ile się należy.

Gdzie mieszkają Pana pracownicy?

Terenowi w osadach. Charakter pracy leśnika wymaga – moim zdaniem – by ci, którzy tworzą służbę terenową, żyli w miejscu swojej pracy. Wtedy bowiem leśniczy czy podleśniczy ma wgląd w las również po godzinach służby, jest postrzegany jako realny gospodarz, a nie leśny urzędnik dojeżdżający do pracy.

W projekcie nowelizacji ustawy o lasach był zapis, by lasy w obrębie miast wchodziły w zarząd municypalny. Zgadza się Pan z tą propozycją?

Nie od dziś pokutuje błędny pogląd, że panaceum na rozwiązanie trudnych problemów jest reorganizacja. Zarząd nad lasami zawsze jakiś być musi. Jeśli owe 2000 ha. odeszłoby z mojego Nadleśnictwa, to trafiłoby najprawdopodobniej pod kuratelę utworzonego w magistracie Wydziału Leśnictwa, nadzorowanego przez wiceprezydenta nie będącego leśnikiem. A gdzie spójność kompleksów, których życie przyrodnicze nie przebiega przecież po granicy miasta? Wreszcie gdzie ciągłość zarządzania i wiedzy o tutejszych lasach, sukcesywnie przekazywanej – w ramach jednej administracji leśnej – kolejnym generacjom leśników? Im więcej jest problemów w lasach miejskich, tym bardziej wymagają kompetentnego, ustabilizowanego i ciągłego nadzoru.

Truizmem jest powiedzenie, że miasto i las wymagają konsensusu? Mimo to nie jest on łatwy do osiągnięcia?

Porozumienie ze środowiskami społecznymi osiągnęliśmy w takim stopniu, że lasy podmiejskie rozwijają się prawidłowo, a my leśnicy spełniamy stale rosnące oczekiwania ludzi. Nie wiemy, w jakim kierunku pójdzie rozwój społeczno-gospodarczy za 20 czy 50 lat? Czy w stronę uszanowania przyrody, czy bardziej w kierunku industrialnym, pozostawiając ją na boku? Budowanie konsensusu nie jest więc aktem, lecz permanentnym procesem, gdyż mamy do czynienia z funkcją z wieloma zmiennymi. Passa gospodarcza, wyzwania, potrzeby społeczne, aspiracje, zachowania – to owe zmienne, które non stop ewoluują.

Rozmawiał: Emilian Szczerbicki