Przeczytasz w 9 minut

Kostaryka i Park Narodowy Manuel Antonio

Fot. Jacek Śledziński
Punkt widokowy na panoramę Manuel Antonio

Zawsze miałem taki pomysł i marzenie, aby odwiedzając piękne miejsca, kipiące zielenią i obfitujące we wspaniałą roślinność, napisać o nich na łamach prasy leśnej. Chciałbym przenieść tam Czytelników choć na chwilę i przeżywać wspólnie przygody bez zanudzania zbyt dużą dozą naukowych liczb i faktów. Te w dobie internetu czy AI zawsze można sprawdzić i doczytać, jeżeli kogoś zainspirują. Ruszajmy zatem! Na pierwszy ogień idzie moja ukochana Kostaryka i jedna z jej wizytówek, czyli Park Narodowy Manuel Antonio.

Mam nadzieję, że ta rubryka – jej styl i treść – przypadnie do gustu moim kolegom leśnikom. Różnorodność krajów, lasów, parków narodowych jest tak ogromna, że trudno było się zdecydować, od czego zacząć. Teksty i odwiedzane wspólnie z Wami miejsca nie będą chronologiczną kalką mojej trasy. W kolejce czekają już relacje chociażby z dżungli w Gujanie czy lasu kaktusowego w Meksyku. Ale na razie zostańmy w Kostaryce.

Światowa czołówka

Ameryka Centralna pod kątem różnorodności biologicznej ekosystemów leśnych jest w światowej czołówce. Wpływa na to zróżnicowanie ukształtowania terenu i tropikalny klimat. Wysokie temperatury oraz średnie roczne opady (głównie w porze deszczowej) sprawiają, że jest to miejsce z niesamowicie bogatą florą i fauną. Znajdziemy tam głównie lasy deszczowe, mgielne oraz suche tropikalne.

Kostaryka jak najbardziej wpisuje się w bioróżnorodną definicję Ameryki Centralnej. To niewielki kraj o powierzchni prawie sześć razy mniejszej niż Polska. Występuje tu ponad 500 tys. gatunków, z czego ok. 10% to endemity. Natura to największy skarb Kostaryki. Niekończące się plaże, monstrualne wulkany oraz wodospady z nieskazitelnie czystą, choć piekielnie zimną wodą to codzienny obrazek podczas eksplorowania tego kraju. Sama nazwa kraju w języku hiszpańskim (Costa Rica – bogate wybrzeże) potwierdza bogactwo przyrody. Legenda mówi, że wymyślił ją sam Krzysztof Kolumb, kiedy dotarł tu na początku XVI wieku. Miał on pewnie na myśli złote klejnoty, które ujrzał na szyjach lokalnej ludności. Dalsze poszukiwania cennego kruszcu okazały się fiaskiem, ale nazwa pozostała i dziś odnosi się do najcenniejszego skarbu – natury. To właśnie ochrona przyrody jest tutaj priorytetem, dlatego Parki Narodowe stanowią ok. 25% powierzchni kraju. Niemal 100% zapotrzebowania energetycznego produkowane jest z odnawialnych źródeł. Realizowane są programy zalesiania oraz korzyści finansowych dla właścicieli ziemskich za ochronę lasu.

W Kostaryce znajduje się obecnie 29 parków narodowych zarządzanych przez Narodowy System Obszarów Chronionych (SINAC). Trzy najbardziej popularne i lubiane to Manuel Antonio (znany jest z pięknych plaż i raf koralowych), Corcovado na półwyspie Osa (uważany za jeden z najbardziej biologicznie różnorodnych obszarów na świecie – opiszę go również w kolejnych numerach) i Wulkan Arenal (słynie z górującego nad miastem aktywnego wulkanu i gorących źródeł).

Zapraszam na wyprawę!

I to właśnie Park Narodowy Manuel Antonio stał się celem mojej dzisiejszej wycieczki. A pisał o nim będę w czasie rzeczywistym, tak abyście mogli poczuć się choć przez chwilę tak, jakbyście tam ze mną byli…

Park jest zlokalizowany na Pacyficznym wybrzeżu Kostaryki w prowincji Puntarenas, niedaleko miasta Quepos. Ogromna liczba turystów chętnych na odwiedzenie tego miejsca zmusiła zarządzających do wprowadzenia limitu 1200 osób w ciągu jednego dnia oraz zapisów online na konkretne daty i przedziały godzinowe wejścia do parku. Ma to swoje plusy i minusy. Trudno jest wejść z dnia na dzień, ale za to są zdecydowane mniejsze korki na wąskiej i krętej górskiej drodze prowadzącej do parku. Mi udaje się kupić bilet na dwa dni przed wizytą, z dość dobrą godziną wstępu, czyli o 8 rano. Będę miał więc sporo czasu na miejscu. Park otwierają o 7, a zamykany jest o 16 (plaże trzeba jednak opuścić o 15). Jest to jeden z najmniejszych powierzchniowo parków, ok. 20 km2 plus 55 km2 powierzchni morskiej, ale liczba ścieżek i plaż sprawia, że czas leci błyskawicznie i przyjechanie tam później niż o 9–10 mija się z celem. Noc spędzam w moim namiocie dachowym, na dziko, na pięknej plaży Esterillos położonej ok. 30 km od parku. Budzi mnie cudowny wschód słońca. Szybkie śniadanie –  owsianka z bananem i mango, a potem ruszam w drogę.

Land Rover sprawnie pokonuje pagórkowatą drogę do wybrzeża i po 45 minutach jestem pod bramą parku. Muszę tylko znaleźć parking. Można zostawić auto na dalszych ulicach, ale to kawałek do przejścia, a już na zegarku 7.50. Dodatkowo mam tam cały dobytek, jak to w domu na kółkach. Zostawiam więc samochód na płatnym parkingu u lokalnej rodziny. Koszt 5 tys. colones, czyli ok. 38 złotych. Zawsze, wydając pieniądze, staram się – o ile to możliwe – aby trafiały w ręce lokalnej społeczności. O 8.00 melduję się  przy wejściu. Bilet kupiony online kosztował mnie 70 złotych. W kasie na miejscu zakup nie jest możliwy. Jedyny wyjątek to wejście z licencjonowanym przewodnikiem. Koszt jest wtedy zdecydowanie wyższy (ok. 230 zł za wszystko). Na teren parku nie można wnosić jedzenia i wody w plastikowych butelkach. Można mieć swój bidon z wodą, a na miejscu jest wiele punktów, gdzie jest okazaja, by go uzupełnić. Woda w Kostaryce jest jedną z najczystszych w Ameryce Centralnej. Praktycznie wszędzie można ją pić z kranu.

Na lądzie i pod wodą

Po przejściu kontroli czeka mnie pierwsze zaskoczenie. Pomimo limitów wejść i tak ma się wrażenie, że jest ogromny tłok. Na tablicy szybko sprawdzam aktualną mapę ścieżek. Dowiaduję się również, że park powstał w 1972 r. dzięki lokalnym mieszkańcom, którzy walczyli z planami zabudowy wybrzeża. Dziś Manuel Antonio jest symbolem sukcesu ochrony środowiska w Kostaryce. Od wejścia biegną dwie równoległe drogi. Utwardzona, na której zbierają się wszystkie grupy z przewodnikami wyposażonymi w lunety. To dzięki nim można zobaczyć z bliska bogatą faunę tego miejsca. Największą popularnością w Kostaryce cieszą się leniwce. Tutaj też każdy chce to zwierzę zobaczyć. Często można je dostrzec wysoko w koronach drzew, właśnie przy drodze biegnącej od wejścia. Ja jestem tu drugi raz i wiem, że w parku są lepsze miejsca na zobaczenie leniwca i nie tylko. Omijam więc ludzki korek drewnianą kładką, która biegnie przez las deszczowy. Już po paru metrach dostrzegam aguti. Turystka z Holandii komentuje, że wygląda jak duży rudy szczur. Mi bardziej przypomina jednak małą kapibarę. Park jest domem dla 100 gatunków ssaków i 180 gatunków ptaków. Na poręczy kładki siedzą małpy kapucynki, jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Za chwilę kolejna niespodzianka. Wypatruję małpy wiewiórcze, które są zagrożone wyginięciem i występują niemal wyłącznie tutaj. Siedzą w palczastych liściach Guarumo, szybko rosnącego drzewa. Jest bardzo ważne w ekosystemie, bo jego liście są głównym pożywieniem  dla leniwców i niektórych małp.

Po 45 minutowym spacerze i wielu napotkanych pająkach, żabach drzewnych i wężach docieram na plażę. Park słynie z czterech przepięknych plaż, w tym Playa Espadilla Sur i Playa Manuel Antonio – uważanych za jedne z najładniejszych w Ameryce Środkowej. W oceanie nagle dostrzegam błysk. To słońce odbija się w płetwach skaczących delfinów. To nie jest częsty widok. Podobno można też zobaczyć wieloryby. Zakładam maskę, dobrze zabezpieczam plecak, bo po plaży grasują szopy. Mają w zwyczaju podkradać przemycane przez turystów jedzenie. Kiedyś była to prawdziwa plaga. Teraz jest ich zdecydowanie mniej ze względu na ograniczenia wnoszenia jedzenia. Woda jest turkusowa i przezroczysta. Do tego niezliczone gatunki ryb w różnych rozmiarach i kolorach. Jak w filmie Gdzie jest Nemo albo i lepiej. W pewnym momencie poruszyło się dno. Myślałem, że to płaszczka, ale po chwili moim oczom ukazał się gigantyczny oliwkowy żółw morski. Istne National Geographic, tylko na żywo. Bardzo żałuję, że nie mam akurat ze sobą kamerki GoPro do podwodnego filmowania. Po wyjściu z wody czas na krótkie opalanie i medytację. Odpoczynek przerywa jednak poruszenie na plaży. To iguana majestatycznie kroczy po piasku. Bez strachu mija kolejne ręczniki, pozuje do zdjęć i po chwili znika w zaroślach.

O Rogowie w Kostaryce…

Ja ruszam dalej. W parku jest kilka ścieżek z punktami widokowymi na ocean. Biegną przez las deszczowy. Liczba gatunków drzew, mchów, pnączy i porostów przyprawia o zawrót głowy. Do najpopularniejszych należą: migdałecznik nadmorski (duże drzewo o rozłożystej koronie i szerokich liściach, często spotykane wzdłuż plaż), kapokowiec (ogromne, majestatyczne drzewo z charakterystycznym, rozszerzonym pniem u podstawy), Sapodilla (drzewo o twardym drewnie i słodkich owocach, kiedyś wykorzystywane do produkcji gumy do żucia) oraz wspomniane wcześniej Guarumo. W dużej liczbie występują też niezliczone gatunki palm oraz drzewa figowe. Pnie drzew porastają epifity i bromelie, zapewniając wilgoć i schronienie dla wielu organizmów. Uwielbiam las i zawsze w takich momentach wracam myślami do czasów studenckich oraz ćwiczeń terenowych w Rogowie i Białowieży albo do wspomnień z pracy w radomskich lasach. Z zadumy wyrywa mnie jednak głośne wycie. Znam ten odgłos. To wyjce. Nie tak łatwo je zobaczyć. Biegnę szybko, szykując aparat. Pomimo dużej liczby turystów jestem w tym miejscu zupełnie sam. Wpatruję się w korony drzew i po chwili moim oczom ukazują się dwa wyjce. Są wysoko, więc nawet mój obiektyw 200 mm ledwie daje radę. Robię zdjęcia, ale w takich momentach wolę nacieszyć się widokiem na żywo niż przez wizjer aparatu. Wrażenia wizualne i efekty dźwiękowe łączą się w fantastycznym spektaklu natury.

Wisienka na torcie

Na koniec zostawiłem sobie wisienkę na torcie. Trochę zaryzykowałem, bo odpuściłem na wejściu leniwce wysoko w koronach drzew. Bez lunety są nie do zobaczenia. Będąc drugi raz w parku, znam już miejsce, gdzie jest większa szansa na ominięcie tłumów i samodzielne wytropienie zwierzaków. Oczywiście nie ma gwarancji, ale podążam w wybrany fragment lasu znajdujący się na uboczu parku. Dobiega już 15. Na plaży słyszę głośne gwizdki strażników. Oznajmiają koniec kąpieli i nakazują opuszczanie plaży. Mam więc godzinę i jeden cel – leniwiec.

Po 20 minutach docieram do celu. Znowu mam szczęście – nie ma nikogo. Czekam. Mocno skoncentrowany skanuję korony drzew. Podobno najciemniej pod latarnią i faktycznie, po chwili dostrzegam, tuż nad moją głową, leniwca, a nawet dwa osobniki. Dokładnie mamę z małym. Niesamowite! Są bardzo blisko. Delektuję się tym widokiem, robię zdjęcia, ale to nie koniec atrakcji. Leniwiec z małym decyduje się zejść na ziemię po cienkim pnączu. To rzadkie, bo zwykle dzieje się to raz na tydzień. Po zejściu i szybkiej toalecie wracają od razu na drzewo, w korony drzew. Mam idealny widok i zdjęcia. Nie zapomnę tej przygody przez długi czas. Zadowolony wracam do wyjścia, wsiadam do mojej terenówki z namiotem na dachu i ruszam dalej. Ku przygodzie…

Pnie drzew porastają epifity i…
Natura to największy skarb Kostaryki
Iguana na plaży
Iguana na plaży
Leniwiec z małym
Leniwiec z małym
Tropikalna roślinność Kostaryki
Tropikalna roślinność Kostaryki
Fot. Jacek Śledziński

Cześć! Leśnictwo to moja pasja i wyuczony zawód. Odziedziczyłem zainteresowania po rodzicach, też leśnikach. Moje serce bije na zielono. Jestem absolwentem SGGW w Warszawie. Pracowałem kilka lat w Nadleśnictwie Radom, które serdecznie pozdrawiam. Ciekawość świata sprawiła jednak, że podjąłem trudną decyzję i odszedłem z Lasów Państwowych. Teraz realizuję się w mojej drugiej pasji – podróżach.

Kocham przygody. Na moim koncie jest już jedna, ponad 3,5-letnia wyprawa dookoła świata. Azja, Australia, Nowa Zelandia, Ameryka. Tysiące kilometrów, wiele krajów, masa przeżyć. Teraz po chwilowym zatrzymaniu przez Covid-19 znów ruszyłem w świat. Obecnie jestem już 16 miesięcy w drodze. Tym razem plan jest ambitny. Chcę przejechać moim ukochanym Land Roverem Discovery 1 z 1998 r. na polskich „blachach” z Ushuaia, na samym południu Argentyny i wietrznej Patagonii, na samą północ dzikiej Alaski. Na liczniku mam już prawie 40 tys. km i aktualnie jestem w Meksyku. Za mną Ameryka Południowa, gdzie zdecydowałem się przejechać kraje, których nie odwiedziłem w poprzedniej podróży. W paszporcie wylądowały więc pieczątki m.in. Paragwaju, Brazylii, Surinamu, Gujany, Kolumbii i Wenezueli. „Zaliczyłem” transport auta kontenerem do Panamy i przejazd przez wszystkie kraje Ameryki Centralnej. Teraz czas na Meksyk i dalej na północ do USA i Kanady, aż do szczęśliwego finału na samej północy Alaski… W swoich tekstach będę dzielił się obserwacjami ciekawostkami i spostrzeżeniami, jak wygląda ochrona przyrody i gospodarka leśna w różnych krajach Ameryk.

Moje podróże można obserwować na Instagramie: @sledznas, i Facebooku: Śledź Nas.