Smartfonom wspak! (5/2018)

27 marca 2018 10:24 2018 Wersja do druku

Bunt przeciwko wszechobecnym komputerom? Tęsknota za powrotem do natury? Chyba jedno i drugie sprawia, że także w Polsce zaczyna się boom na leśne przedszkola. Czyli na edukację, która wyciąga najmłodsze dzieci na otwartą przestrzeń, na świeże powietrze, ku naturze.



Fot. E. Pudlis (3)

Fragment Lasku Bielańskiego, tuż za prowadzącą przezeń ul. Dewajtis. To tam właśnie, w sąsiedztwie starej siedziby stołecznego UKSW, znajduje się Przedszkole „Leśna Droga”. Jest środek zimy, pomimo mrozu i śniegu dwudziestka przedszkolaków jak zwykle, czyli koło południa, wyrusza pod opieką wychowawców do lasu. Dzieciaki będą tam około trzech godzin. Potem wracają do budynku, a po obiedzie mają jeszcze zajęcia w sali.

 

Na hamaku

– Wiosną, latem i jesienią rodzice zostawiają swoje pociechy w ogrodzie. Stamtąd jest zawsze kilkugodzinna wycieczka do lasu. Potem dzieci wracają do ogrodu, jedzą obiad, a z ogrodu są zabierane do domu. Poza zimą z murów przedszkola w ogóle nie korzystają. Chyba że jest burza z piorunami albo bardzo mocny wiatr – wtedy chronią się w budynku – opowiada Anna Płuska, założycielka Przedszkola „Leśna Droga” i jego szefowa.

Leżakowanie, obowiązkowe w standardowych przedszkolach, tutaj nie funkcjonuje. W ogródku – wśród drzew, krzewów, dużych i małych pniaków, przewróconych kloców, drabinek, innych „przeszkód” z drewna służących do zabawy – są również hamaki. I te z dzieci, które mają ochotę się zdrzemnąć, w każdej chwili mogą z nich korzystać. I tak robią, ale raczej rzadko.

– Dzieci schodzą się od godziny ósmej. Długo, bo przyjeżdżają wtedy, gdy się wyśpią. Jeżeli mama czy tata mają coś do załatwienia, pojawiają się z pociechami nawet około południa. Tu nikt ich czasowo nie dyscyplinuje –wyjaśnia moja cicerone.

Czy luz czasowy w Leśnym Przedszkolu to przeciwieństwo dyscypliny, której Anna Płuska doznała, pracując w korporacji? Po skończeniu studiów na stołecznej SGH faktycznie trafiła do korporacji, ale… wcale jej źle nie wspomina. Nie potępia w czambuł, bo nie dała się jej pożreć. Opuściła „korpo” nieco zmęczona, ale z umiejętnością organizacji pracy, spraw finansowych itp. Wyszła stamtąd, bo najpierw urodził się Jaromir, potem Hania i jeszcze potem Marysia. Pozostając na urlopie macierzyńskim, zaczęła przygotowywać swoje dzieci do życia, działając w sposób przemyślany, na kanwie coraz bogatszej wiedzy.

– Fundacja „Sto Pociech” była takim praźródłem, kolebką mojego pomysłu na leśne przedszkole. Byłam tam najpierw w roli mamy, potem prowadzącej zajęcia – wspomina. –Wtedy wraz z dwiema koleżankami wymyśliłyśmy zajęcia „szperaków leśnych”. Dzieci dwa razy w tygodniu po trzy godziny przebywały na dworze, czyli w naturze.

Zabawa w „szperaki” sprawiła, że Anna zaczęła czytać o przedszkolach i szkołach leśnych, ekologicznych, wolnych, demokratycznych, szukając najbardziej naturalnych ścieżek rozwoju dzieci. Zaczęła dokładniej zgłębiać lektury o leśnych przedszkolach.

– To było w latach 2010–12. Poznałam wtedy metodę Montessori, głoszącą m.in., że w pierwszych latach życia dziecko ma ogromną zdolność do przyswajania informacji, a jego pragnienie zdobywania doświadczeń i wiedzy jest większe niż kiedykolwiek później. I najlepiej, jeśli nauczyciel podąża za dzieckiem, traktuje je podmiotowo, nie jest kimś, kto tylko przekazuje swoją wiedzę, a motywacja, chęć działania, pochodzi od dziecka. Do mnie to trafiło…

Zakładanie przedszkola trwało trzy lata – trochę długo, ponieważ nie było się od kogo uczyć. W 2014 r. Anna pojechała do Berlina i tam przez kilka dni przyglądała się, jak takie przedszkole funkcjonuje.

– Podziwiałam spokój, zgodę, niespieszność, przyjazną atmosferę. Zapamiętałam następujący epizod: dziecko spadło z wysokiego pnia. Nauczyciel nie histeryzował. Podszedł doń po chwili, obejrzał je, spytał, czy coś się stało, i tyle. A ono wlazło na tego pniaka po raz wtóry. Wtedy sobie uzmysłowiłam – zwierza się rozmówczyni – że zanim dziecku czegoś zabronię, powinnam zastanowić się „dlaczego” i czy moje obawy są uzasadnione. A chcę pozwalać na wiele – w naszej obecności i w granicach bezpieczeństwa. To nauka przez doświadczenie. Teoria pedagogiki przygody głosi, że dziecko uczy się najlepiej również na granicy ryzyka…

 

Magia patyka


I tłumaczy dalej, że podstawą bycia dzieci w tym przedszkolu jest swobodna, niekończąca się zabawa. Najlepiej się uczą w naturze, tam gdzie nie ma zbyt wielu zabawek wykonanych przez człowieka. Swoją kreatywność i fantazję ujawniają najpełniej bawiąc się… zwykłymi patykami. Dla nich takie kijki są najważniejsze, jest w nich jakaś magia. Pociechy, jak relacjonują rodzice, znoszą je do domu i gromadzą w szufladach.

Bardzo chętnie przynoszą do domu także to, co znajdą w lesie. A założeniem przedszkoli leśnych jest, by nie uczyć dzieci, ale stwarzać im warunki, w których mogą zdobywać wiedzę wg swoich talentów, możliwości, predyspozycji. My tylko za nimi podążamy, obserwujemy. Czasem coś inicjujemy, pomagamy zadawać pytania i szukać odpowiedzi, nie podając gotowych recept. Pomagamy także rozwiązywać problemy.

Efekty? Gdy przychodzą jako trzylatki, są zazwyczaj nieśmiałe, mało samodzielne. Raczej nie łączą się w grupy, bawią się albo same ze sobą, albo jeden na jeden: z dzieckiem lub z dorosłym. Przedszkole opuszczają już jednak pomysłowe, z poczuciem własnej wartości, często organizują swoje działania we współpracy z kolegami. Potrafią powiedzieć „tak”, potrafią powiedzieć „nie”. Są sprawne ruchowo i zahartowane.

– Naturalnym stanem dziecka jest ruch. Człowiek dorosły odpoczywa, siedząc. Dziecko wciąż się porusza, biega; wypoczywa, zmieniając obiekt swojego zainteresowania. Jeżeli ograniczymy mu ruch, nakazując: usiądź, nie rusz się, nie biegaj, bądź cicho itp., naturalne potrzeby dziecka są tłumione, wtedy się buntuje – przekonuje Anna. I dodaje, że słowo „leśne” (co oznacza również: związane z naturą, na otwartej przestrzeni) ma tu podstawowe znaczenie. W lesie różnorodność tego, co wpływa na dzieci, jest dużo większa niż w sali, przysłowiowej „klasie”. Las jest dla dzieci doskonałym otoczeniem, daje zarówno możliwość doświadczenia zmysłowego, jak i społecznego – bycia w grupie, ale także poznawczego. Dużo ciekawiej jest liczyć w lesie kamienie, żołędzie, patyki, niż zdobywać tę samą wiedzę na plastikowych liczmanach.

– Człowiek bardziej szanuje to, co zna. Zadepcze więc roślinę, która jest dla niego chwastem, ale jeśli coś o niej wie, nie zniszczy, uszanuje. Dlatego jest dla nas ważne, aby dzieci poznawały rośliny i zwierzęta. Świadomość i zrozumienie natury są wtedy o niebo większe!

Dla zobrazowania: gdy wezmą strączek niecierpka, którego nasionka są gotowe do wystrzelenia, i precyzyjnie go dotkną, wtedy strączek wygnie się w spiralkę i nasionka wystrzelą. To jest coś fascynującego, magicznego i dzieci to uwielbiają. A przy okazji ćwiczą palce do chwytu ołówka.

– Sala jest stworzona ręką człowieka, znajduje się w niej tylko tyle, ile człowiek wniesie. A w lesie mnogość, zmienność są ogromne0, właściwie nieograniczone i podlegają przemianom zgodnie z porami roku – podkreśla opowieść szefowa Leśnego Przedszkola, wyznając na koniec, że to, co robi, jest ścieżką jej życia.

U Pana Hubki

Kaszuby. Do przedszkolaków w Brodnicy Górnej zawitała Pani Jesień. Kilkunastu maluchów poznaje jej tajemnice w naturze, na otwartej przestrzeni, wykonując wyznaczone przez Panią Jesień zadania.

Dzieci są w ciągłym ruchu i widać, że czują się jak w siódmym niebie. Karolina Duda jako Pani Jesień dyryguje tym niezwykłym spektaklem w leśnym przedszkolu o ścianach z naturalnej zieleni, od góry zamkniętego tylko niebem. Wprowadza przedszkolaki w swoje królestwo.

– Gęgały mi odlatujące do ciepłych krajów dzikie gęsi, szumiał jesienny wiatr, że to mój dzień, więc świętujcie go ze mną. Na początek posegregujcie liście, które w nocy porozrzucał wokoło wiatr! – mówi do podopiecznych.

Dzieci, badając kształty liści, składają je pod odpowiednimi drzewami. Następnie, wg wskazówek, znajdują koszyk z gałązkami i wstążkami, chwytają w prawe ręce wstążeczki, w lewe gałązki, i tańczą w rytm tamburynu. Na koniec wirujące jak w transie „bączki” zdobią wstążkami Pana Hubkę – drzewo stanowiące swoisty talizman, punkt centralny wszystkich zabaw. Jest nie tylko dorodną brzozą, ale ma też ludzką „twarz”, wykonaną przez przedszkolaki poprzedniego rocznika.

Po hołdzie złożonym Panu Hubce maluchy łączą się w małe grupki i wybierają pomieszane w jednym naczyniu: kasztany, jarzębinę i groch. Potem wrzucają je do oddzielnych pojemników. Gdy ostatnie kasztany trafiają na swoje miejsce, Pani Jesień bierze w ręce gitarę. Przedszkolaki zaczynają z nią śpiewać:

Wesoło jesienią w ogródku na grządce, tu ruda marchewka, tam strączek,

Tu dynia jak słońce, tam główka sałaty, a w kącie ogórek wąsaty.

Po piosence pojawia się ogromna, kolorowa chusta, przypominająca czaszę spadochronu. Dzieciaki chwytają ją za brzegi i znów zaczyna się szalone wirowanie. Na komendę zatrzymują się i unoszą chustę lekko do góry. Te znajdujące się pod wywołanym kolorem zamieniają się błyskawicznie miejscami. Na koniec, zmęczone i wyciszone, odnajdują ukryte w różnych miejscach placu zabaw owoce, warzywa i dekorują nimi ściany altanki. Tak wyhasane, wytańczone, wchodzą do jej środka i siadają przy stolikach, gdzie czeka na nie słodki poczęstunek. W ciągu roku dzieci odwiedzają też kolejno Pani Zima, Wiosna i Lato.

Zaczęło się od Bawarii

– Pomysł urządzenia takiej placówki podsunął mi Jacek, mój mąż, leśniczy leśnictwa Bilowo (Nadleśnictwo Kartuzy, RDLP w Gdańsku) opowiada Karolina Duda, wychowawczyni oddziału przedszkolnego w Zespole Kształcenia i Wychowania w Brodnicy Górnej. –Z profesjonalnej wycieczki do Bawarii wrócił oczarowany tamtejszymi przedszkolami leśnymi. Podchwyciłam pomysł i dziś mamy obiekt, w którym prawie z pełnym programem prowadzimy zajęcia w otoczeniu natury.

Realizacja programu „Leśne Przedszkole – wyjdźmy z sali” trwała trzy lata. Zanim Karolina Duda napisała swój projekt, przewertowała literaturę z doświadczeń niemieckich. Wyczytała zeń, że przebywanie przedszkolaków w otoczeniu natury dynamizuje ich kreatywność, rozwija umiejętności artystyczne, wyrabia poczucie ładu, porządku, rozbudza ciekawość i wrażliwość.

– W praktyce potwierdziłam, że dziecko przebywające dłużej w środowisku przyrodniczym: ogrodzie szkolnym, parku, a najlepiej na łące albo w lesie, nie mając do dyspozycji gotowych zabawek, rozwija wyobraźnię. Tworząc samodzielnie miejsca i przedmioty do zabawy.

Mówi o czymś niby banalnym, a jakże istotnym: częste przebywanie i ruch na świeżym powietrzu hartują organizm. Dotlenione dziecko pracuje szybciej i efektywniej. Świeże powietrze wyładowuje dziecięcą energię, wycisza, a przez to nauczyciele mniej się męczą.

Karolina, podbudowana wspomnianą literaturą, zabrała się za tworzenie infrastruktury dla Leśnego Przedszkola. Z rodzicami, gdyż bez ich wsparcia nie odniosłaby sukcesu. Najpierw na terenie przyszłego przedszkola leśnego skoszono trawę, później Nadleśnictwo Kartuzy ufundowało materiał na altankę. Dla oszczędności wznieśli ją rodzice. To oni posadzili nowe drzewka, a plac okolili tujami. Jedna z kartuskich firm zakupiła stoliki, a miejscowy stolarz zafundował ławeczki.

W oczach rodziców

Zajęcia w Leśnym Przedszkolu odbywają się w pełnym wymiarze godzin od 2012 roku. Dzieci kolejnych roczników lgną doń, jak pszczoły do miodu.

– Czarek i Oskar są wychowankami pani Karoliny i widzę, że nauka w kontakcie z przyrodą, w ciągłym ruchu, przynosi samie korzyści – zwierza się ich mama Edyta. – Moi chłopcy bardzo sobie chwalą te zajęcia, a efekty obserwuję w domu. Dzieci przychodzą wyciszone, mają apetyt. Do tego chętnie pomagają w pracach ogrodowych.

– Uważam, że pomysł odciągnięcia dzieci od telewizorów, komputerów, różnych smartfonów, tabletów i wprowadzenia ich do realnego świata przyrody jest fantastyczny – twierdzi Honorata. –Widać to po moim Mikołaju. Po zajęciach w Leśnym Przedszkolu otwiera się na świat i chętnie pomaga w domu Mai – młodszej siostrze.

Mama Mikołaja, Mai i dziewięcioletniego Maksa, zauroczona zajęciami, napisała pracę licencjacką o leśnym przedszkolu. Dodaje, że dzieci w takim przedszkolu stają się małymi odkrywcami świata, badaczami i poszukiwaczami przygód. – Mają rozbudzoną wyobraźnię, bogatsze słownictwo, wyostrzoną spostrzegawczość, większy szacunek do przyrody, nawet do najdrobniejszych, żyjących w naturze organizmów. Widzę po moich i innych dzieciach, że ta teoria sprawdza się w życiu.

U białostockiego Puszczyka

– Jestem mamą dwójki dzieci: 11-letniego Tomka i Kaliny, dziś pięciolatki. Gdy były młodsze, szukałam pomysłu na taką ich edukację, która pozwala na kontakt z przyrodą, jest bliska naturze. Ani się obejrzałam, jak przyszedł pomysł na założenie takiej placówki. Nasze przedszkole istnieje już czwarty rok – mówi Agnieszka Kudraszow, która wraz ze swoją koleżanką Dorotą Zaniewską prowadzi na obrzeżach Białegostoku Przedszkole Leśne „Puszczyk”. Temu niezwykłemu duetowi pań (pierwsza jest architektem, druga antropologiem kultury) pomysłów na rozwój przedszkola nie brakuje.

– W tym roku nasze przedszkolaki zaczęły treningi na biegówkach. Mamy sprzęt, trenerów, niezłe warunki w Lesie Antoniówka, gdzie dzierżawimy spory kawałek terenu. I tam dzieci mogą biegać. Jeśli brakuje śniegu, prowadzimy takie formy treningu, które przygotowują do narciarstwa biegowego – opowiada Agnieszka i podkreśla, że podbudową teoretyczną do otwarcia przedszkola leśnego była lektura książki Richarda Louv „Ostatnie dziecko lasu”. Autor doszedł do wniosku, że bliskie relacje dzieci z przyrodą odchodzą w zapomnienie.

– Obserwacje naszych podopiecznych potwierdzają to, co napisał Louv. Ich aktywność na świeżym powietrzu sprawia, że zdecydowanie poprawia się kondycja fizyczna: motoryka, krążenie, wydolność termiczna, układu oddechowego, ruchowego i mięśniowego. A to przyśpiesza i stymuluje ich rozwój intelektualny – potwierdza Agnieszka. Zmiany na lepsze następują bardzo szybko, czasami już po tygodniu.

– A gdy rozrasta się zasób słownictwa, następuje intensywne nawiązywanie kontaktów w grupie, rosną umiejętności socjalne, m.in. umiejętność jasnego komunikowania swoich potrzeb – ciągnie rozmówczyni.

 

To nie biznes, to pasja

Do istniejącego od 2015 r. „Puszczyka” uczęszcza ok. 25–30 dzieci w wieku od trzech do sześciu lat. Zajęcia prowadzone są w dwóch mieszanych wiekowo grupach. Schronienie dla dzieci stanowi jurta. Zainteresowanie rodziców jest bardzo duże.

– Na 2018 r. rekrutacja jest już zamknięta, a na liście rezerwowej jest prawie 20 dzieci. Prowadzimy zapisy na rok 2020. Dzięki fundacji, która jest jednostką prowadzącą „Puszczyka”, możemy, poza czesnym rodziców, szukać rozmaitych źródeł finansowania i to czynimy. Ale, chcę mocno podkreślić, to nie jest biznes, ale nasza – koleżanki i moja – pasja. Poziom satysfakcji z tego, co robimy, jest na tyle duży, że z programem, który wykreowaliśmy, ustabilizowani, z radością ciągniemy ten wózek. Choć były momenty zwątpienia, gdyż w Polsce brak przepisów normujących funkcjonowanie przedszkoli leśnych.

Agnieszka dodaje jeszcze, że ze zdobytą wiedzą, a przede wszystkim doświadczeniem, dzielą się z innymi. Nie tylko tymi, którzy myślą o zakładaniu leśnych przedszkoli, ale i z nauczycielami szkół podstawowych, bo tam to leśne wychowanie też zapewne się sprawdzi. W tym celu organizują specjalne seminarium. Zapowiada się, że frekwencja dopisze. Nie wykluczają, że w przyszłości może same założą taką leśną szkołę. Bo jak się powiedziało „A”…

 

Eugeniusz Pudlis

Jak grzyby po deszczu

Pionierem leśnych przedszkoli była Ella Flatau w Danii. W 1950 r. w niewielkim miasteczku Sollerol zabierała dzieci swoje i sąsiadów do lasu, gdzie prowadziła zabawy inspirowane naturą. Pierwsze leśne przedszkole w Niemczech założyła w Wiesbaden w 1968 r. Ursula Sube. Prowadziła je na własną odpowiedzialność z grupką 15 dziec, gdyż nie otrzymała pozwolenia miejscowych władz. Prawnie leśne przedszkola zaczęły funkcjonować w Niemczech w 1993 r., a pierwsza taka placówka powstała we Flensburgu. Obecnie jest ich tam ok. 3 tys. W całej Europie liczba takich placówek sięga ok. kilku tysięcy. Istnieją m.in. w Danii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Norwegii, Szkocji i Austrii, poza Europą w Stanach Zjednoczonych. W ciągu ostatnich pięciu lat po sąsiedzku w Czechach powstało ok. 500 leśnych przedszkoli. W Polsce takich przedszkoli również przybywa. Oprócz opisanych w reportażu już takie placówki są w Ostrołęce, pod Krakowem – „Dzika Osada”, we Wrocławiu działa Leśne Przedszkole „Kasztanki”, w Kielcach „W Dziką Stronę”, a kolejne powstają w Poznaniu i Gdyni.