Polacy są w lesie najlepsi

10 lipca 2013 08:27 2013 Wersja do druku

Skończył technikum i studia leśne. Kilka lat temu, po lekturze „Lasu Polskiego”, trafił do Szwecji, gdzie pracuje w odpowiedniku polskiego zul. O swoich doświadczeniach mówi Tomasz Pawełek, pracujący w firmie Sundins Skogsplantor.


Tomasz Pawełek (Fot. Rafał Zubkowicz)Jak trafiłeś do Sundins Skogsplantor?

Pracowałem w parku narodowym. Drobne nieporozumienie spowodowało, że zacząłem się rozglądać za zmianą, a właśnie wtedy o firmie Sundins przeczytałem w „Lesie Polskim”. Przyjechałem na próbę, wykorzystując wtedy cały urlop plus trochę bezpłatnego. W następnym roku jeden z 13 regionalnych przedstawicieli załatwił mi mieszkanie i tak już jestem tu pięć lat.

 

Wiem, że tu nie ma lekkiej pracy.

W firmie sadzimy, zabezpieczamy uprawy, ale głównie, przez 10 miesięcy w roku, wykonujemy czyszczenia pilarkami na wysięgniku. Początki pracy tym urządzeniem rzeczywiście były ciężkie, ale jeśli ktoś zechce nauczyć się techniki, da sobie radę.

 

To czego się nauczyłeś?

Zaczynasz od tego, jak w ogóle poruszać się z tą maszyną, jak ostrzyć tarczę, ścinać drzewa „z marszu”, a nie walcząc z każdym. Np. na początku wiele razy ostrzyłem tarczę. Dziś wystarcza mi raz, dwa razy dziennie. Opanowałem technikę na tyle, że pracując, czuję się tak, jakbym po prostu chodził sobie po młodniku, słuchając radia w ochronnikach słuchu.

Weźmy przykład  tego młodnika, w którym jesteśmy – to lekki teren – przeciąłbym tu bez problemu hektar.

 

Czym się różni ta technika czyszczeń od tego, co robimy w Polsce?

W Polsce przede wszystkim niezmiernie rzadko pracuje się pilarką na wysięgniku. Szwedzi dopracowali technikę pracy – czy u nas w ogóle prowadzi się szkolenia z obsługi tej maszyny? Poza tym w Lasach Państwowych wchodzi się z czyszczeniami wcześniej i częściej. Tu standard to jeden, dwa zabiegi. Prywatny właściciel liczy się z kosztami i dlatego my do młodnika wchodzimy zwykle ok. 7–8 roku, najczęściej zbyt późno. Ludzie patrzą na kieszeń i reagują dopiero, gdy pojawia się problem. Sami zaś wykonują czyszczenia zbyt delikatnie. Tak jak i u nas – dbałość prywatnej osoby o własny las wyraża się w jego „oszczędzaniu”. Dlatego na targach Elmia promujemy nasze usługi hasłem: zrobisz to za rok, zapłacisz więcej.

Poza tym tu są znacznie mniej skomplikowane składy gatunkowe. Zwykle więc usuwamy samosiewną brzozę z młodnika świerkowego, który też sadzi się w znacznie mniejszej więźbie niż w Polsce, 2–2,8 tys./ha. W miejscach, gdzie wypadły iglaste, oczywiście pracuje się też z pielęgnacją brzozy. Tak samo w zmrozowiskach, gdzie brzoza stanowi osłonę. W sosnowych młodnikach reguluje się też więźbę sosny.

 

Ile kosztuje taka usługa?

Ceny są różne. Opłaca się np. być członkiem stowarzyszenia, bo to ono załatwia kontrakt, a wtedy właściciel płaci taniej. Ale przeciętnie to jakieś 330 koron za godzinę (1 korona to ok. 50 gr – przyp. red.).

 

Nie za hektar?

W czyszczeniach liczymy pozostawione po zabiegu drzewa, a przy sadzeniu – sadzonki, aby dowiedzieć się, czy trzymamy się więźby. Przed czyszczeniem, na podstawie m.in. ukształtowania terenu czy liczby drzew na metrze kwadratowym, możemy z dosyć dużą dokładnością określić przewidywany koszt zabiegu.

 

W Szwecji jest boom na biomasę. Czy to, co wycinacie, trafia do pieca?

Nie. Biomasa zaczyna się w pierwszej trzebieży, wykonywanej harwesterem. W Polsce robi się tzw. czyszczenia z masą. Tu nawet jak co któreś tam drzewo mogłoby trafić w stos, nie wyciąga się go. Bo czy to się faktycznie opłaca?

 

Ilu Polaków pracuje w firmie?

Teraz, w szczycie sezonu, 207.

 

Z czego to wynika?

Polacy są najlepsi w lesie! (śmiech) Mamy tylko trzech Szwedów w administracji. Przedstawiciele lokalni to też Szwedzi, ale oni prowadzą własną działalność. Ludzie trafiają tu z różnych dziedzin. Zostają ci, którzy nie boją się wysiłku. Jest też oczywiście uniwersalny problem pracy z dala od rodziny i domu, za granicą. Nie każdy to wytrzymuje.

 

A teraz serio – czyli polski pracownik to dobra rekomendacja?

Zaczyna być. My wystawiając się na targach, na pewno się tego nie wstydzimy. Tłumaczymy np. całą dokumentację na polski. Dzisiaj szwedzkiego pracownika, który robiłby to, co my, niemal nie uświadczysz. Ten rynek zajęła wschodnia Europa, Litwini, Łotysze. Szwedzi zostali w pozyskaniu. To najczęściej rodzinne, nieduże firmy, ale bardzo wydajne.

 

Można tu dobrze zarobić?

Ja jestem zatrudniony na stałe i pracuję tyle, by mieć jeszcze czas dla rodziny. Ale chłopaki, którzy przyjeżdżają na czasowy kontrakt i pracują na akord lub dłużej, w ciągu dnia potrafią wyciągać tyle, że czasem nie jestem w stanie uwierzyć, nawet 40 tys. koron (ok. 20 tys. zł – przyp. red.) na miesiąc. Ja tyle nie zarabiam. Mam stałą pensję. Na pewno nie jest problemem zarobić 30 tys. koron. Oczywiście bierz też pod uwagę tutejsze koszty utrzymania.

 

W Polsce jest sporo szkół, które kształcą leśników. To odpowiedni kandydaci do waszej firmy?

Nie zawsze, bo w Polsce uczą nas działania nakazowego: ja ci będę pokazywał, a ty rób. Człowiek w mundurze robi znaczki na drzewach, a za nim idzie drugi w drelichach i te drzewa wycina. Tu robisz jedno i drugie. Musisz też być elastyczny i umieć się przestawić na to, że leśnictwo może być kompletnie inne, że to nie tylko Zasady hodowli lasu.

 

A w drugą stronę – Ty wracasz do Polski, przywozisz oszczędności i doświadczenie, zakładasz firmę.

Nie według tych układów, jakie panują w polskich lasach. W nadleśnictwie dostanę umowę na rok, a poza tym z wydajnością, jaką ma moja brygada, musiałbym mieć dla nich robotę nie w nadleśnictwie, ale w całej RDLP. Skrzydeł nie rozwinę.

Rozmawiał: Rafał Zubkowicz