Urodzona nauczycielka

24 stycznia 2013 14:04 2013 Wersja do druku

Gdy została wytypowana do prezentacji w naszym nowym cyklu „Nauczyciele lasu”, pomyślała, że w jej życiu zamyka się jakieś koło. Bo oto w „LP” z 1970 r. pisano o niej, gdy z grupą studentów WL SGGW odbywała praktykę leśną w Przemyślu. Nawet załapała się na zdjęcie, z pilarką w ręku, choć jej delikatność ma się nijak do atrybutów drwala. Mowa o Irminie Grażynie Wisłockiej, nauczycielce w ZSL w Zagnańsku.



O dziadku leśniku na Kresach słyszała tylko co nieco. Na jej wybór studiów miał wpływ wujek Aleksander Sakowicz, z czasem dyrektor OZLP w Radomiu. Pytana co zamierza robić, odpowiadała – tylko lasy bieszczadzkie! Ale idąc za mężem Bogdanem, przemierzyła mazowieckie i przez Kurpie, ze statusem adiunkta, trafiła do nadleśnictw Zagnańsk i Kielce. Ówczesny dyrektor TL w Zagnańsku Tadeusz Przygodzki namawiał męża, by został belfrem. Małżonek uznał, że na tym etapie lepsza będzie żona, gdyż od dziecka marzyła o nauczaniu. Z czasem dyrektor potwierdził trafność wyboru, nazywając ją „urodzoną nauczycielką”.

Obcować i zgłębiać

Na początek przydzielono jej „przyrodnicze podstawy gospodarki leśnej” i ekstra zadanie – przygotowanie uczniów do matury. Na studia nie było wówczas (mowa o latach 70.) pędu, gdyż w lesie nie brakowało roboty, a egzaminy wstępne odstraszały. Młoda nauczycielka zdołała u niektórych przełamać ten opór. Wśród nich był późniejszy dyrektor generalny LP – Andrzej Matysiak.
Z czasem „przyrodnicze podstawy...” zmieniły nazwę na „biologię leśną”. Ale uczyła też hodowli, ochrony i użytkowania lasu, choć po latach wróciła do podstaw, czyli biologii, tym samym wciąż niosąc odpowiedzialność za przygotowanie uczniów do matury i egzaminu na studia leśne, które otwarły się na full.
Pani Irmina w pierwszej kolejności czuje się leśnikiem. W drugiej leśnym nauczycielem. Zna dwie szkoły nauki lasu. Pierwsza mówi – najpierw należy oglądać i podglądać, a potem uczyć się i zgłębiać, co oczy widziały. Sama uważa jednak, że wcześniej trzeba przyswoić minimum wiedzy o zjawiskach i gatunkach, a potem szukać ich w lesie.
Cóż za korzyść może mieć uczeń, gdy widzi kształty liści czy rośliny wczesno kwitnące, a nie ma podstaw do ich oceny – argumentuje. – Poznanie teoretyczne musi nieco wyprzedzać doświadczenie i obcowanie z leśną rzeczywistością. Las to wielość przyrodniczych bytów, zjawisk i ich współzależności. Uczeń musi wiedzieć, czego szuka w tej mnogości.

Otwartość na talenty

Dyplomowana nauczycielka ceni zajęcia terenowe, gdyż pomagają one nie tylko zgłębiać tajniki lasu, ale też uczą twardego realizmu, cechującego pracę leśnika – w las idzie się podczas deszczu, śniegu, mrozu... Ale w ocenie najnowszej reformy programowej nie jest już tak jednoznaczna. Sztywny podział na przedmioty ogólnokształcące i zawodowe, dominacja praktyki w nauczaniu leśnej profesji budzi jej wątpliwości, zwłaszcza gdy myśli o tych, którzy nie będą pracować w lasach. Program też nie uwzględnia dużego zróżnicowania wiedzy absolwentów gimnazjów. A uczyć się musi nie tylko uczeń, ale także nauczyciel, i to przez całe życie, jak choćby w ciągu dwóch godzin tygodniowo powiedzieć o biologii to, co kiedyś mówił przez sześć. I wreszcie jak tę bardzo skomasowaną wiedzę podzielić na przydatną w lesie i na użytek egzaminu wstępnego na studia.
Las – uważa pedagog – trzeba widzieć w szczegółach przyrodniczych i w całości, nie pomijającotoczki historycznej i kulturowej. Kształcimy leśników, ale jesteśmy otwarci na odkrywanie innych talentów, bo wśród naszych absolwentów są m.in. poeci i malarze (jak Grzesiek Furmanek), w rozwoju których miał udział las i wiedza z nim związana.

Ta sama, choć inna

Człowiek będąc częścią przyrody, zmienia się wraz z nią. Pani profesor wyznaje, że dziś jest innym człowiekiem i nauczycielem niż przed laty. Co tyczy uczniów, nauczyła się pamiętać selektywnie. Utrwala to co miłe i przechodzi do porządku dziennego nad tym co przykre. Każde osiągnięcie wychowanków uważa za swoje, toteż jej dumą stała się pokaźna gromadka laureatów ogólnopolskiej olimpiady wiedzyekologicznej. Dla jednych roczników była Grażynką i Irminką. Dla innych „Makepeace”, z uwagi na sposób malowania oczu. Potem nazwali ją „Bajerą”, bo chciała zbajerować opor klasę. Dla Irminy Wisłockiej ważne jest to, by młodzież czuła się lubiana, ale też wiedziała, że nauczycielka to nie kumpelka. Uczniowska giełda pracuje na jej korzyść.
Ma Srebrny Krzyż Zasługi i Kordelas Leśnika Polskiego. Innych wyróżnień uzbiera się ok. dziesiątki. Za super nagrodę uważa pamięć uczniów, którzy po latach przyjeżdżają i witając się z nauczycielką, obłapują się na „misia”. Pani Irmina bywa zaskakiwana – co lubi – przez pierwszoklasistów, którzy w eliminacjach wygrywają z maturzystami, i „jedynkowych” uczniów, którzy uzyskują piątki, gdy posłuchają rady – „nie możecie zrozumieć genetyki, to ją pokochajcie”.
Za czasów Irminy Wisłockiej szkoła się zmieniła. Niegdyś na jedno miejsce było pięciu kandydatów i ostawali się na ogół pasjonaci lasu, jak Heniek Mąka, który prowadził Szkolne Koło Sokolników, a potem w Czempiniu zajął się hodowlą orła. Ale i dziś zdarzają się zapaleńcy, jak chłopiec, który podczas Otwartych Dni do ZSL powiedział rodzicom: nie jadę dalej, bo już mam swoją szkołę. – Moje zadanie to przekonanie uczniów, że las poznaje się nie tylko umysłem, ale i sercem, gdyż nikt lasu nikogo nie nauczył a siłę – mówi autorka projektu programu nauczania biologii dla TL sprzed niespełna ćwierć wieku.

Emilian Szczerbicki