Małe ojczyzny Zaleskich

13 listopada 2012 13:04 2012 Wersja do druku

Od pokoleń łączą umiłowanie przyrody z sentymentem do SGGW, pod którą sławny praprzodek położył kamień węgielny. Lasy to ich świat pełen życia, trudu i nostalgii, a powierzone nadleśnictwa stały się małymi ojczyznami.



Jedna z rodowych pamiątek, o dużej wartości archiwalnej, jaką posiada wiceminister środowiska Janusz Zaleski to „Dziennik podróży do Szwaycaryi z Kalisza” prapraprapradziadka Jerzego Beniamina Flatta (1768–1860). Ów animator oświaty zawodowej, którego ojciec przywędrował z Holandii do Wielkopolski, przez dwa lata przebywał w Niemczech i Szwajcarii, gdzie spotkał się z Tadeuszem Kościuszką. Rozpoznanie organizacji szkolnictwa rolniczego i leśnego stało się celem jego misji zagranicznej, odbytej na polecenie ks. Stanisława Staszica, w imieniu Komisji Obrządku Religijnego i Oświecenia Publicznego.
Kto teraz nie podróżował nie uwierzy – czytamy w dzienniku z roku 1817 – co każdy dzień na podróży i w oberzach kosztuje (...). Upraszam więc iak nayuniżeniéy Prześw: Kom: o łaskawe i spieszne nadesłanie kwoty półrocznéy (...). Pochlebiam sobie tém mocniéy że mi Prześw: Kom. prośby nie odmówi, ponieważ memu sumieniu mogę dadź zaświadczenie żem z każdéy godziny iak naygorliwiéy dla dobra kraiu starał się korzystać (...).

Dyrektor na Marymoncie
W zapiskach tego protoplasty rodu znajdujemy wzmianki, jak na początku XIX w. Szwajcarzy walczyli z chrabąszczem majowym. Leśnicy i rolnicy – dowiadujemy się – mieli wyznaczoną ilość owadów do zebrania, jako świadczenie na rzecz lasu lub gminy. Dalej natrafiamy na wieści, że Flatt sprowadził do Polski topinambur, który podówczas świeżo zawitał do Europy, a dziś jest rośliną powszechnie używaną, głównie na poletkach łowieckich. Nie omieszkał też utrwalić spostrzeżenia, że niemieccy gospodarze mogą od poznańskich uczyć się czystości i porządku w obejściach.
Flatt zużytkował zagraniczne doświadczenia jako organizator i pierwszy dyrektor Instytutu Agronomicznego na Marymoncie, z czasem przekształconego w Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa. Ongisiejsze szkoły, wiedzione wyrocznią – „w pocie czoła będziesz pracować...”, żądały od słuchaczy harówki od świtu do zmierzchu. Ale w miejsce biblijnych ostów i cierni z ziemi przeklętej hojną ręką siały dorodne ziarna wiedzy i umiejętności. Nauka, także na Marymoncie, odbywała się wieczorami, przy świecach. Niektórzy usypiali ze zmęczenia.
Życie
potomnych Jerzego Beniamina Flatta potoczyło się dwoma ścieżkami. Pierwsza to farmacja (jedna z aptek obchodziła 160-lecie istnienia). Drugą stało się ziemiaństwo. O kolejnych pokoleniach – o orientacji ziemiańskiej – rodowych następców legendarnego dyrektora na Marymoncie zachowały się szczątkowe informacje – żyli z majątku ziemskiego k. Serocka, mając prawdopodobnie związek z lasem, poprzez gospodarkę własnymi zasobami i łowiectwo.
Flattów połączyło z Zaleskimi małżeństwo praprawnuczki Jerzego Beniamina – Wandy Konarskiej z dziadkiem wiceministra – Januszem Zaleskim. Ten mariaż serc rozbudził nie tylko żywą więź z lasem i przyrodą, ale nade wszystko, trwający przez kolejne pokolenia, sentyment do rolno-leśnej Alma Mater – SGGW, pod którą przodek położył podwaliny.

Z Piłsudskim na bolszewików
W końcu XIX w. bracia Zalescy – Tadeusz i Michał zarządzali lasami k. Petersburga. Ich bratanek – Janusz (1898 –1940), idąc śladami stryjów, chłonął nauki leśne w SGGW, należąc do pierwszego rocznika studentów w niepodległej Polsce. Akademicy wstrząśnięci nawałnicą ze Wschodu szparko poderwali się do walki. Również Janusz przywdział mundur kawalerzysty i z Piłsudskim pociągnął na bolszewików.
Jestem w tzw. fuszajleriach (...) – pisał w roku 1920 do narzeczonej. – Fuszajler jest to nazwa polska szwoleżerów, którzy straciwszy w walce o nietykalność Rzeczypospolitej swe konie, a nie doczekawszy się amerykańskich mustangów, przepędzają mile czas w komnatach Białorusinek, uprzyjemniając go sobie nocnymi wycieczkami na bolszewików. Straty zwykle małe, kilku zabitych, rannych, bagatela. Za to zyski....
Wzrok miał kiepski, w dodatku na wojnie postradał okulary. I choć na oręż natrafiał oko w oko, ale szczęśliwie wrócił i dokończył studia. Obowiązki leśniczego podjął w Jedlni k. Radomia, po czym odebrał awans na nadleśniczego Nadleśnictwa Grobla, ulubionego przez myśliwych znanych z pierwszych stron gazet, bo w sąsiedztwie Krakowa.

Zesłany do Parciak
Zacni goście przynosili nadleśniczemu splendor, ale i też narażali na wciągnięcie w wir polityki i intryg, za które z czasem Zaleski zapłacił wysoką cenę. Pech chciał, że syn Ignacego Mościckiego „przepuścił forsę” w japońskim kasynie. Dług był na tyle duży, że usiłowano go zrefundować z kasy LP. Co miało być tajemnicą przedostało się do parlamentu za sprawą generała Ferdynanda Zarzyckiego, ministra ds. przemysłu i handlu, przyjaciela rodziny Zaleskich.
Wyciek owej informacji dyrektor Adam Loret skojarzył z moim dziadkiem i kierując się personalną niechęcią zesłał go do Nadleśnictwa Parciaki, znajdującego się na granicy z III Rzeszą – mówi wnuk Janusz Zaleski. – Dziadek z bólem opuścił lasy podkrakowskie, by zamieszkać tam, gdzie wraz z zachodem słońca diabeł mówił dobranoc.
Cios był tym dotliwszy, że trafił w leśnika wrażliwego, który litując się nad ludzką biedą odwracał się, by nie widzieć, jak parobek wynosił owies ze stajni. – To też człowiek i musi żyć – mawiał nadleśniczy, dając świadectwo, że „dobroć nie wypływa z duszy oschłej ani przewrotnej”. Wojna zastała go w Parciakach, na tym „skazaniu”, na którym nie znalazł leku na smutek serca. W roku 1940 został wywieziony do Sachsenhausen, a następnie stał się jednym z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, gdzie zginął.

Z SGGW na Mazury
Syn Janusza – Jerzy reprezentował również pierwszy rocznik WL SGGW, tyle że po zakończeniu II wojny światowej. Rocznik ten był niezwykle barwny. Duże zróżnicowanie wieku, wielu studentów wprost z partyzantki, nawet jeden postrzelił się na wykładzie. Ale rocznik też bogaty w indywidualności, w osobach późniejszych profesorów, jak Jan Dominik, Jerzy Ważny, Ryszard Zaręba, Mikołaj Borowski. I co ciekawe – mocno zintegrowany.
Jerzy trafił w roku 1950 na Warmię i Mazury, czyli ziemię odzyskaną, niekiedy zwaną niczyją, gdyż żądną przywracania osadnictwa i leśnych struktur. Na krótko objął Nadleśnictwo Orneta, potem Zaporowo, by wreszcie w Wipsowie poczuć się jak w domu.
Zaangażowany leśnik, skuteczny hodowca. Zwolennik udogodnień w lesie, czego potwierdzeniem był jego nowatorski system „bezkwitowego” wywozu drewna, ułatwiający pracę leśnikom i życie odbiorcom.
Jerzy Zaleski przygotował projekt i rozpoczął budowę nowej siedziby Nadleśnictwa Wipsowo. Przykładał wagę do wyników szkółkarstwa, wprowadził szereg udanych prób naturalnych odnowień drzewostanów bukowych, podzielając pogląd myśliciela i lekarza Antoniego Kępińskiego, że „natura jest mądrzejsza od wszystkich ludzkich pomysłów”.
Syn – dzisiejszy wiceminister zapamiętał, że ojciec Jerzy nigdy nie podwiózł dzieci służbowym samochodem, nawet nad jezioro odległe o 1,5 km. – To własność państwowa – argumentował. Nie korzystał ze sprzętu Nadleśnictwa ani z usłużnych rąk pracowników przy uprawie swoich 2 ha, dających m.in. wypas krowie, którą sam doił. Nie miał sentymentu do polowania. Dubeltówki używał głównie do płoszenia skrzydlatych rabusiów z wilczym apetytem na kury.
Jerzy Zaleski nie pozostał w Wipsowie, z którym zżył się jak z macierzą. Pod koniec lat 70., KW partii obmyślił, by jedną z leśniczówek zaadaptować na cele reprezentacyjne i łowieckie. Zaleski był przeciw. Zatarg z „przewodnią siłą” skutkował odebraniem Nadleśnictwa. Zmiana, choć krzywdząca człowieka, wyszła na dobre olsztyńskim lasom, gdyż Jerzy, w roli inspektora obwodowego, znakomicie wykorzystał bogactwo swoich doświadczeń. Najbardziej cenił opinie kontrolowanych, gdyż miało dla niego znaczenie jaką pamięć po sobie zostawia.

Oczarowanie Ornetą
Syn Jerzego – Janusz Zaleski spędził dzieciństwo w środku lasu, gdzie z obcych docierali tylko myśliwi i grzybiarze. Na ganku słuchał rykowiska, a tuż za domostwem znajdował jagody i grzyby – smak lasu, dosłownie i w przenośni. Zwierząt było pełno, podobnie jak dziś. Nieopodal cztery jeziora czarownie wpisane w przyrodniczą tożsamość Warmii i Mazur.
Mostem między chłopcem a lasem nade wszystko stała się, jakże pociągająca, praca ojca. Syn z zachwytem śledził sunące sanie wypełnione drewnem. Przyglądał się żywicowaniu, pomagał w sadzeniu lasu. To wszystko zapadało w jego wnętrze. Więcej – to pozostało. W „ogólniaku” myślał o farmacji, ale gdy nastał czas decyzji wybrał las, zwyciężyła uczelnia przodków. Z czasem pomnażanie wiedzy leśnej łączył ze zdobywaniem ekonomicznych umiejętności w SGPiS (obecnie SGH), gdy przejściowo pracował w Zakładzie Ekonomiki Leśnictwa prof. Andrzeja Klocka. Ekonomia poszerzyła horyzonty asystenta, ale ekonomistą nie został, gdyż po 2,5 letnim epizodzie naukowym, wybrał służbę lasom olsztyńskim. Najpierw adiunkt, potem inżynier nadzoru, zastępca nadleśniczego i wreszcie nadleśniczy Nadleśnictwa Orneta.
Nadleśnictwo to objąłem po 35 latach od ustąpienia taty. Myślę, że cezura czasowa jest na tyle duża, że awansu mojego nie można podciągnąć pod nepotyzm – żartuje wiceminister.
Zanim rozpoczęto uczone mowy o programach retencji, nadleśniczy Janusz Zaleski wyregulował siedem zbiorników ze środków Nadleśnictwa i EkoFunduszu, co – przyznaje – wtedy było łatwiejsze z uwagi na prostsze procedury. Dumny jest z zalesienia 2,5 tys. ha w ciągu siedmiu lat i miłe jego oczom są młodniki wyrosłe z zakładanych przezeń upraw.
Ówczesny nadleśniczy wybudował i odnowił liczne leśniczówki w harmonii z krajobrazem i regionalnym stylem, bogato zdobionym pruskim murem. Po przejściu do DGLP zainicjował wydanie albumu „Architektura sadyb leśnych”, gdyż uważa, że jest ona, podobnie jak las, nieprzebranym skarbem, tyle że na niwie kultury. Pasja architekturą leśną to w dużej mierze efekt fascynacji Ornetą. Tę starą, dostojną mieścinę, wespół z Nadleśnictwem, Janusz Zaleski uznaje za swoją małą ojczyznę, którą stale odwiedza, by napotkać lot mewy, zapomnieć o czasie, marzyć o niemożliwym, czerpać radość z odnajdywania śladów młodości.

Warszawskie awanse
Nowy wiek przyniósł warszawskie awanse Janusza Zaleskiego, poczynając od zastępcy dyrektora generalnego LP. Jego dzieło to Centrum Koordynacji Projektów Środowiskowych. Z czasem zasiadł w gabinecie ministra Macieja Nowickiego, jako podsekretarz stanu w MŚ. Funkcję tę wciąż pełni, łącząc ją z kompetencjami Głównego Konserwatora Przyrody, a nadzór nad LP z pieczą nad Parkami Narodowymi, co uważa za dobre połączenie, wymagające dużo pracy i dające satysfakcję. Jako członek Komitetu do Spraw Europejskich Rady Ministrów nadzorował – z ramienia Ministra Środowiska – organizację XIV sesji Konferencji Stron ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu wraz z IV sesją Spotkań Stron Protokołu z Kioto w Poznaniu.
Czy warto było porzucić las dla wielkiego świata? Wiceminister odpowiada słowami znanego piosenkarza – „Nie żal nic. I żal tak wiele”. Ponadto dodaje: – Wciąż czuję się leśnikiem, bo leśnictwo to służba przyrodzie i społeczeństwu, tak w konkretnym lesie, jak i resorcie.
Dariusz – wnuk Jerzego i bratanek podsekretarza stanu, zapałał do SGGW wzmożoną sym-patią, gdy w studentce leśnictwa – Magdalenie znalazł miłość życia. Małżonkowie, choć osłuchani o górnych awansach przodków, byli szczęśliwi, gdy po stażu w Nadleśnictwie Wipsowo zostali robotnikami leśnymi, co otwarło im drogę do posad podleśniczych. Czy Wipsowo, gdzie dziadek zostawił najlepsze lata, stanie się ich małą ojczyzną? Póki co są pewni, że wiedza, o którą zabiegał sławny praprzodek, a potomni stosowali ją w praktyce, jest kamieniem węgielnym, na jakim mogą budować swoją małą leśną ojczyznę wszędzie tam, gdzie zostaną rzuceni przez los.

Emilian Szczerbicki