Co komu z lasu?

27 kwietnia 2011 13:44 2011 Wersja do druku

Po cichu, bez większego rozgłosu, w Polsce podpisywane są umowy o sprzedaży jednostek pochłaniania dwutlenku węgla z prywatnymi właścicielami lasów. Pokusa uzyskiwania dochodów praktycznie bez inwestowania jest całkiem duża. Ale czy to wszystko legalne?

 

Uboczne użytkowanie lasu to dziedzina znana nie tylko leśnikom. Że las, prócz drewna oferuje ludziom ogromny zbiór dóbr – wymiernych i niewymiernych – wiadomo od tysiącleci. Dziś prócz takich użytków ubocznych, jak grzyby i owoce leśne, zioła, produkty pszczelarstwa i łowiectwa oraz całej masy innych, których wymienianie przekroczyłoby miarę tego tekstu pojawił się jeszcze jeden użytek uboczny, o którym nie uczą na wydziałach leśnych, a który może przynieść właścicielowi lasu bardzo wymierne korzyści i to bez żadnego wysiłku. A są to:

Jednostki pochłaniania

Termin ten został wprowadzony do obiegu w tzw. Protokole z Kioto, pokłosiu konferencji, na której przedstawiciele różnych państw zastanawiali się, w jaki sposób przeciwdziałać tzw. globalnemu ociepleniu. W skrócie: sygnatariusze protokołu zobowiązali się do redukcji emisji dwutlenku węgla i innych tzw. gazów cieplarnianych o co najmniej 5% w porównaniu z rokiem 1999.

Rokiem bazowym dla Polski (podobnie jak dla innych byłych państw socjalistycznych) był rok 1988. Polska zobowiązała się do obniżenia emisji o 6%. Mogło to przysporzyć naszej gospodarce ogromnych korzyści finansowych, gdyż mieliśmy już na starcie ogromną nadwyżkę oszczędności – emisja gazów cieplarnianych, na skutek transformacji ustrojowej (a mówiąc wprost, likwidacji wielu zakładów przemysłowych) już do roku 2001 została zmniejszona o 33%. Dodatkowo posadziliśmy sporo lasów, które pochłaniają CO2. W sprawę włączyła się jednak Komisja Europejska, która ograniczyła limity emisji przyznane Polsce, aby nie dopuścić do wprowadzenia na rynek międzynarodowy zbyt wielu nadwyżek jednostek pochłaniania i nie obniżyć ich ceny, co mogłoby skutkować tym, że państwa wolałyby taniej kupić nadwyżki niż inwestować w prośrodowiskowe drogie technologie czy obniżać produkcję.

I tu przechodzimy do sedna sprawy.

Kupię–sprzedam

Niewykorzystanymi prawami do emisji można handlować. Jeżeli jakieś państwo nie wykorzysta przyznanego mu limitu emisji liczby ton dwutlenku węgla, może je sprzedać.

W bilansie, jakim dysponuje dane państwo liczą się także tzw. jednostki pochłaniania. Liczą się więc również pochłaniające węgiel lasy, zasadzone po wejściu w życie Protokołu z Kioto, czyli tzw. lasy pokiotowskie. Skoro las wiąże dwutlenek węgla, to uwzględnia się ten fakt w ogólnym bilansie. Do przyznanego limitu emisji można więc dodać tony węgla pochłaniane przez te lasy. I handlować nadwyżkami.

Wzór na uzyskane oszczędności (O) jest dość prosty:

O = L – Lw + P1 + P2,

gdzie L to limit przyznany, Lw to limit wykorzystany w pierwszym okresie rozliczeniowym, P1 to liczba ton dwutlenku węgla, retencjonowana, czyli zatrzymana przez lasy „przedkiotowskie”, w ramach działań dodatkowych w leśnictwie, zaliczonych na poczet pierwszego okresu rozliczeniowego (po przyjęciu raportu końcowego pochłanianie to de facto zamieni się w jednostki pochłaniania), a P2, to ilość dwutlenku węgla, zretencjonowana przez lasy „pokiotowskie”, zamieniająca się wynikowo również w jednostki pochłaniania.

I Polska już handluje prawami do emisji, choć robi to niejako awansem, gdyż pierwszy okres rozliczeniowy kończy się w roku 2013. Ale już dziś wiemy, że tych nadwyżek jest (będzie) sporo.

Niderlandy tanio sprzedam

Może się jednak okazać, że nasz kraj sprzedaje zagranicznym nabywcom coś czego nie posiada. Ale o tym za chwilę.

Ustawa, którą przygotował poprzedni rząd – już po wszystkich pracach w komisji i podkomisji – zakładała, że owe dwa elementy, P1 i P2, będą wyodrębnione do osobnego zarządzania. Beneficjentem handlu emisjami miały być m.in. Lasy Państwowe (ale i inne chętne gospodarstwa leśne). LP są w końcu zarządcami dużych powierzchni leśnych, również tych, które powstały po konferencji w Kioto, a sprzedaż na międzynarodowych rynkach jednostek pochłaniania mogłaby przynieść ogromne dochody, przeznaczone – uwaga! – wyłącznie na działania prośrodowiskowe, a konkretnie na łagodzenie zmian klimatycznych.

Potem jednak nastąpiły przedterminowe wybory, a ich zwycięzcy zapomnieli o dżentelmeńskiej umowie, że ustawa, o której mowa wejdzie pod obrady plenarne w pierwszej kolejności.

W opinii twórców miał szanse powstać krajowy system zarządzania jednostkami pochłaniania – przejrzysty, bez pośredników, dający możliwość do osiągania godziwych zarobków podmiotom prowadzącym gospodarstwa leśne, sprzyjający dalszym działaniom na rzecz doskonalenia roli lasów jako naturalnych zbiorników gazów cieplarnianych.

Nie powstał…

Lasy Państwowe niezainteresowane

Lasy całym systemem handlu emisjami, który w nowej ustawie został zastrzeżony dla państwa, nie są więc w żaden sposób zainteresowane. Ale zainteresowani są inni.

Są zainteresowani, bo jednostki pochłaniania są notowane na międzynarodowych giełdach, tak jak notowana jest cena ropy naftowej, węgla czy złota. Oczywiście cena ta się zmienia, ale w chwili gdy powstawał ten artykuł było to prawie 15 euro za tonę.

Powstała więc firma, która zajmuje się skupem owych jednostek pochłaniania, a mówiąc precyzyjniej – „praw do jednostek pochłaniania”, od właścicieli prywatnych powierzchni leśnych. (Notabene wydaje się, że takich firm jest więcej, ale udało nam się ustalić tę jedną). Co prawda CO2 Redution Poland sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie ma szerszy profil działalności, ale skoncentrujmy się na skupie praw do jednostek pochłaniania.

Natura nie znosi próżni

Spółka powstała w 2006 r., czyli niebawem po ratyfikowaniu protokołu z Kioto. Jej kapitał zakładowy wynosił ledwie 100 tys. zł, z czego udziały za 95 tys. były w posiadaniu kanadyjskiego wspólnika, Carbon Frendly Solutions INC., a udział wartości 5 tys. stanowił własność obywatela Polski, jednocześnie będącego plenipotentem firmy kanadyjskiej.

Później również on odsprzedał swój udział kanadyjskiemu wspólnikowi, który w tzw. międzyczasie zmienił nazwę na Global CO2 Redution INC. Polski udziałowiec pozostał pełnomocnikiem Kanadyjczyków (dysponując 100% głosów na Walnym Zgromadzeniu Wspólników).

Prezesem zarządu spółki był na początku Krzysztof Szamałek, jak Czytelnicy zapewne pamiętają – niegdyś wiceminister ochrony środowiska zasobów naturalnych i leśnictwa w rządach Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Millera i Belki. A poza tym działacz Stowarzyszenia „Ordynacka”.

Ale już nie jest. W 2008 r. strata netto spółki wyniosła 736 tys. zł (dodajmy, że samo wynagrodzenie członków zarządu za rok obrachunkowy od 27 listopada 2006 r. do 31 marca 2008 r. wyniosło 529 748 zł) i Zgromadzenie Wspólników nie udzieliło prezesowi absolutorium.

Jak czytamy w aktach KRS, główną działalnością spółki było (jest?) poszukiwanie terenów zielonych celem podpisania stosownych umów z właścicielami nieruchomości w zakresie przekazania praw do pochłaniania jednostek CO2 oraz wykonania certyfikacji tych terenów. W sprawozdaniu za rok obrotowy od 1 kwietnia 2009 r. do 31 marca 2010 r. spółka poinformowała, że zawarła 46 umów przedwstępnych dla łącznej powierzchni terenów zielonych 1813 ha.

Kolejnego sprawozdania jeszcze nie ma, ale w tym omawianym spółka informuje, że planuje realizację umów już zawartych oraz intensywne poszukiwania terenów zalesionych

Co jest w umowie?

Dotarliśmy do jednej z takich umów przedwstępnych, zawartych w formie – to ważne – aktu notarialnego. Z umowy wynika, że właściciel działek leśnych zobowiązuje się sprzedać w stanie wolnym od wszelkich obciążeń oraz praw i rozliczeń osób trzecich wyłączne przysługujące mu prawa do wszelkich Jednostek Pochłaniania CO2 jakie zostaną uzyskane w okresie trzydziestu lat liczonych od dnia następnego od zawarcia umowy przyrzeczonej ze ściółki i drzew rosnących na terenie opisanym, a działający w imieniu CO2 Redution Poland zobowiązuje się kupić wyżej wymienione prawa za cenę 1500 zł/ha. Strony zobowiązują się zawrzeć umowę przyrzeczoną do dnia 11 września 2010. Wtedy też miała nastąpić zapłata.

Czy nastąpiła, nie wiemy. Ile hektarów (konkretnie: praw do jednostek pochłaniania z ilu hektarów) CO 2 Redution kupiła, zintensyfikowawszy swoje poszukiwania terenów zielonych, też nie wiemy, gdyż skrzynka mailowa firmy jest zapchana i kierowane zapytania odrzucane. Nie można również zostawić wiadomości na automatycznej sekretarce, a obecny prezes spółki jest bardzo oszczędny w informacjach.

A są to pytania bardzo istotne. Tyle że polskie państwo specjalnie się nimi nie interesuje.

Resortu to nie obchodzi

Zapytaliśmy Ministerstwo Środowiska, czy resortowi jest znany fakt skupowania praw do jednostek pochłaniania i skala tego zjawiska. W odpowiedzi uzyskanej za pośrednictwem rzecznika prasowego możemy przeczytać:

Zgodnie z ustawą o zarządzaniu emisjami gazów cieplarnianych i innych substancji sprzedaż jednostek pochłaniania może odbywać się tylko na zasadach umów pomiędzy państwami. Jednostki pochłaniania zostały zdefiniowane na gruncie ustawy z dnia 17 lipca 2009 r. o systemie zarządzania emisjami gazów cieplarnianych i innych substancji (Dz. U. 130 poz. 1070). Zgodnie z art. 18 ust. 1 ww. ustawy jednostki pochłaniania CO2, nazywane także jednostkami Kioto, mogą stanowić przedmiot obrotu międzynarodowego. Obrót ten może następować na podstawie umowy zawartej pomiędzy Rzeczypospolita Polską, a innym państwem – sygnatariuszem Protokołu z Kioto. Jednostki pochłaniania CO2 mogą być wykorzystywane do wypełnienia zobowiązania do redukcji emisji gazów cieplarnianych wynikającego z Protokołu z Kioto oraz mogą być dodatkowo wykorzystywane do zamiany na jednostki redukcji emisji odpowiadające pochłanianiu dwutlenku węgla CO2 uzyskanemu w wyniku realizacji projektów wspólnych wdrożeń na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Osoby fizyczne, które zalesiły grunty rolne nie są podmiotem uprawnionym do rozporządzania jednostkami pochłaniania, a co za tym idzie nie mogą tego prawa przenosić na inne podmioty. W związku z powyższym umowa sprzedaży takich jednostek zawarta przez osobę fizyczną byłaby umową nieważną. Podmioty, które na mocy umowy cywilno-prawnej zostaną wskazane, jako nabywcy jednostek pochłaniania, CO2 nie nabędą faktycznej własności kupionych jednostek [podkreślenia MR].

Stanowisko resortu środowiska nie wydaje się dostatecznie uzasadnione prawnie. Rolnik (lub inna osoba fizyczna) jest właścicielem lasu pokiotowskiego ze wszystkimi częściami składowymi, a więc także z owym naturalnym zbiornikiem węgla, a także ze wszystkimi prawami majątkowymi związanymi z tym lasem. Może on zbyć prawo do zretencjowanego w swoim lesie węgla, wraz z prawem do dalszego zbywania. Niewykluczone, że sprawą mógłby się zająć Trybunał Konstytucyjny, badając zgodność ograniczenia praw właścicieli przez ustawę.

To, że resort nie zna skali zjawiska (skupu praw do Jednostek Pochłaniania) i wykazuje w tej materii desinteresment jest naszym zdaniem zdumiewające. Nie zna go również inna agencja rządowa – Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami.

Nie mamy co sprzedać?

Dlaczego zdumiewające? Dlatego, że może się okazać, iż kiedy Polska będzie chciała sprzedać owe Jednostki Pochłaniania, dowie się, że już nimi nie dysponuje, bo zostały sprzedane! Już wiemy, że zakupy prawa do węgla nie są ewidencjonowane celem wyłączenia ich z bilansu oszczędności w Raporcie Końcowym Rzeczypospolitej Polskiej i w pewnym momencie polskie państwo może się obudzić z ręką, no, mniejsza z tym gdzie. Również dlatego, że zmaleje liczba państw chętnych do zakupu Jednostek Pochłaniania.

Bo już je kupiły od kanadyjskiej (albo jakiejś innej) firmy.

Rodzi się następne pytanie, na które również nie uzyskałem odpowiedzi (Krajowa Rada Notarialna nie chciała oficjalnie sprawy tej skomentować).

Zaufać notariuszowi

Notariusz to zawód zaufania publicznego. Jeżeli spisuje akt notarialny, to obie strony transakcji mogą (powinny!) być pewne, że transakcja jest zgodna z prawem. Tymczasem według stanowiska resortu środowiska jest ona z mocy prawa… nieważna.

Albo więc resort się myli, albo notariusz potwierdza w imieniu Rzeczypospolitej prawomocność transakcji, która prawomocna nie jest.

Nieoficjalne wyjaśnienie, że to przecież tylko umowa przedwstępna i że kupujący czekał na zmianę przepisów absolutnie nas nie przekonuje.

Rodzi się następne pytanie: czy kupujący (a mamy sygnały, że transakcje na ogromną skalę są jednak finalizowane), gdy nadzieję na zmianę prawa okażą się płonne będzie mógł zażądać od sprzedającego zwrotu wypłaconej gotówki? Bo przecież sprzedający podług interpretacji ministerstwa nie jest podmiotem uprawnionym do rozporządzania jednostkami pochłaniania, a co za tym idzie nie może tego prawa przenosić na inne podmioty.

Gdyby resort miał rację, konsekwencje dla sprzedawców mogą być opłakane. Jedyna nadzieja w tym, że rejenci mają obowiązkowe polisy OC…

Będą zmiany prawa?

Dość realna naszym zdaniem jest hipoteza, że owa kanadyjska spółka ma jakieś przecieki dotyczące planów zmiany prawa w Polsce. (O tym, że ktoś zainteresowany mógłby próbować wpływać na proces legislacyjny nawet nie wspominam, bo przecież w naszym kraju jest to nie do pomyślenia…).

Hipotezę tę uprawdopodobnia fakt, że zagraniczny inwestor liczy. Liczy nie tylko potencjalne zyski, ale i wydatki. Gdyby więc nie miał przesłanek wskazujących na to, że z zakupów będzie mógł czerpać kolosalne zyski (proszę porównać ceny zakupu i ceny na giełdach przy założeniu, że hektar lasu pochłania do 16 t CO2 rocznie), chyba nie wyrzucałby pieniędzy w błoto? Prawda, że ceny te są zmienne, prawda, że nie ma jak na razie precyzyjnych procedur certyfikacyjnych, pozwalających określić ile pochłania 1 ha – jakiego! – lasu, ale jednak kapitalista-krwiopijca liczy na zyski prawda?

Trudna rada

Co radzić właścicielom pokiotowskich powierzchni leśnych, którzy zasięgają języka w redakcji – powstrzymywać się od transakcji czy sprzedawać gdy są chętni – nie wiemy. Z jednej strony jest to, zwłaszcza przy dużych powierzchniach, spory zastrzyk gotówki otrzymywany, można powiedzieć, „bezinwestycyjnie”.

Z drugiej strony – gdyby powstało jakieś duże (!) stowarzyszenie właścicieli lasów pokiotowskich, gdyby stali się oni partnerem dla rozmów z rządem w tej kwestii, gdyby taka zmiana prawa, na jaką liczy kanadyjska firma w istocie nastąpiła, to oni sami mogliby sprzedawać prawa do jednostek pochłaniania za takie kwoty, jakie oferują światowe giełdy. I zyski byłyby znacznie większe. Jeżeli przyjmiemy, że 1 ha pochłania średnio tylko 10 t CO2, przez lat 30 pochłonie on 300 ton. Przy dzisiejszych cenach to 4,5 tys. euro, czyli ok. 18 tys. zł za hektar. Ceny Jednostek Pochłaniania będą zaś raczej rosły niż malały…

A zyski zamiast w Kanadzie zostawałyby w Polsce, bo nasi właściciele lasów zazwyczaj nie jeżdżą na wakacje na Karaiby i nieczęsto kupują pola golfowe czy inne nieruchomości na Florydzie.

Mieczysław Remuszko