Sektor dosyć zamknięty - wywiad z Januszem Kocelem (nr 7/2014)

25 kwietnia 2014 14:40 2014 Wersja do druku

Jaka jest kondycja firm leśnych po ponad dwóch dekadach na rynku? Niewysoka rentowność, tendencja spadkowa, gdy chodzi o liczbę przedsiębiorstw, starzejąca się kadra. Mała liczba pakietów specjalistycznych przy nadmiarze mocy produkcyjnych. To tylko niektóre z bolączek, o których mówi Janusz Kocel, profesor w Instytucie Badawczym Leśnictwa.


   

Dr hab. Janusz Kocel
jest zatrudniony na stanowisku profesora nadzwyczajnego w Zakładzie Zarządzania Zasobami Leśnymi IBL. Od lat zajmuje się badaniem sektora usług leśnych w leśnictwie. W 2013 r. ukazała się jego monografia pt. "Firmy leśne w Polsce" (wyd. CILP, 332 s.), podsumowująca wieloletnie badania na ten temat. Książka jest dostępna w formacie pdf na stronie www.lp.gov.pl.
 Fot. T. Wojda


Czym wyróżnia się firma leśna od innych, że doczekała się odrębnej monografii?

Faktycznie jest dużo podobieństw firm leśnych do tzw. mikroprzedsiębiorstw, czyli zatrudniających do dziewięciu osób, jak również do tzw. sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

Ale istnieją także różnice. Zacznę od tego, że firmy leśne miały duże szczęście na początku powstawania sektora, gdyż były pod opieką Lasów Państwowych. Pierwsze kroki stawiały przy wsparciu finansowym i pozafinansowym LP. Łącznie z tym, że na początku tym nowym przedsiębiorcom nawet wypełniano dokumentację finansową. Generalnie przeżywalność małych, prywatnych firm na rynku jest niewielka. Po pierwszym roku pada ich 50–60%, a po pięciu latach zostaje zaledwie 30% z tych, które rozpoczynały działalność gospodarczą. W przypadku firm leśnych przeżywalność jest o wiele wyższa.

Firmy leśne wyróżnia jeszcze to, że znane jest pochodzenie zatrudnianych w nich pracowników. Niemal cały ten sektor prywatny stworzyli ludzie tej samej proweniencji, którzy w ramach restrukturyzacji gremialnie przeszli tu z LP. Jest to sektor dosyć zamknięty.


Z jakich powodów?

Prawdopodobnie są dwie przyczyny. Jedna to niezbyt wysoka rentowność, według szacunków nieprzekraczająca 4%. Raczej nie należy się spodziewać, że pojawi się tu jakiś fenomen sukcesu i jakaś drobna firma przekształci się w spółkę akcyjną o ogólnokrajowym zasięgu. Druga rzecz – w firmach leśnych pracują najczęściej wciąż te same osoby, które zaczynały je tworzyć w latach 90.


W takim razie pracownik zul jest coraz starszy.

Tak, pokazał to monitoring firm leśnych, przeprowadzony pięciokrotnie na zlecenie LP. Pracują te same osoby, które w kolejnych edycjach ankietyzacji przesuwały się jedynie do starszych grup wiekowych.


Przed prywatyzacją usług w LP pracowało 130 tys. ludzi, teraz jest ich 25 tys. Przypuszczalnie ok. 80–90 tys. stanowili zwolnieni robotnicy leśni. Czy nadal jest ich tylu w firmach prywatnych?

Zdecydowanie nie. Jeśli z tej liczby nadal pracuje w sektorze 50–60%, to wszystko. Wyraźnie widać tendencję spadkową, gdy chodzi o liczbę firm. W 2008 r. w LP odnotowano prawie 3700 firm, w 2012 r. nieco ponad 2450. Do wymienionej liczby firm należałoby doliczyć tzw. podwykonawców, których liczba jest nieznana. Na tej podstawie można szacować, że mniej jest też samych pracowników.


Średnia wieku pracownika firmy leśnej rośnie. To znaczy, że napływ młodych jest słaby?

Małe zainteresowanie pracą fizyczną w lesie obserwujemy w całej Europie. To jest bardzo ciężka praca, porównywalna z pracą górnika na przodku, wykonywana najczęściej jeszcze prymitywnymi narzędziami, wymagająca dużego wysiłku. Poza tym wciąż trwa migracja ze wsi do miast, co zmniejsza podaż siły roboczej.

Dopiero od pewnego czasu technika leśne zaczęły przygotowywać wysoko wykwalifikowaną kadrę robotniczą dla leśnictwa. To jest dobry kierunek – gdy maleje liczba rąk do pracy w lasach, musi nastąpić mechanizacja, i to na najwyższym poziomie.


Wady pracy na wysokowydajnym sprzęcie też występują.

Główne z nich to monotonia i praca w odosobnieniu, co nie każdy młody człowiek jest w stanie zaakceptować. Ale i tak jest to na pewno bardziej atrakcyjna praca i finansowo, i prestiżowo. Na harwesterze pracuje przecież bystry operator przy pomocy joystika, a wałki zrywa ręcznie niewykwalifikowany robotnik. Którą z tych osób będzie chciał zostać nastolatek?

Maszyna ma dużą wydajność głównie ze względu na dobrze wyszkolonego operatora. A ponieważ mamy niedostatek wyszkolonej kadry takich operatorów, zaś stawki za pracę są podobne u nas i np. w Finlandii, zdarza się, że polskie firmy leśne zatrudniają do tej pracy Finów.


Taka sytuacja, że ludzie nie chcieli pracować w lesie, miała miejsce również w latach 70. Za Gierka dobrze powodziło się w rolnictwie, czyli w „rezerwie kadrowej” do pracy w lesie. Leśniczowie stawali na głowie, żeby zachęcić do pracy. Może teraz problem jest zbliżony, bo po co iść do lasu, jak można zarobić gdzie indziej?

Na pewno stawki oferowane za pracę przez firmy leśne też są problemem. Można wyraźnie zauważyć, że w okolicach dużych miast, rejonach uprzemysłowionych, firmy leśne mają większy problem z zatrudnianiem robotników.


To ile się teraz zarabia w zul jako pilarz?

Ostatnio zadano takie pytanie przedsiębiorcom w Gdańsku, podczas spotkań dotyczących certyfikacji firm. Jeden z przedsiębiorców odpowiedział, że przeciętnie operator harwestera zarabia 2,5 tys. zł…



                           Fot. R. Zubkowicz

I za te pieniądze będzie w Polsce pracował Fin?!

…zarabia oficjalnie. Powszechnie wiadomo, że nie jest to całość wynagrodzenia operatora. To nie jest jakieś odkrycie właściwe tylko firmom leśnym. W każdej prywatnej firmie zatrudnianie pracowników stałych jest poważnym problemem. Stały pracownik to stałe wysokie koszty.


A my rozmawiamy na przełomie roku, w okresie kiedy w wielu firmach praca stoi, bo jeszcze nie rozstrzygnięto nowych przetargów, a zeszłoroczne pozyskanie już zrealizowano.

Tak jest. Żeby sobie radzić z takimi sytuacjami, firmy – nie tylko leśne – starają się zatrudniać na umowy tzw. śmieciowe. Albo na czarno. To ostatnie jest o tyle łatwiejsze w firmie leśnej, że robotnicy są trudni do skontrolowania, pracują w dużym rozproszeniu. Znajoma inspektor Państwowej Inspekcji Pracy wielokrotnie skarżyła się na to, że gdy pojawia się w jakimś nadleśnictwie, to z biura idzie sygnał: uwaga, będzie kontrola! I gdy trafia na powierzchnię, gdzie teoretycznie powinno pracować kilkunastu ludzi, pracuje jeden czy dwóch. Ci są akurat legalnie zatrudnieni, w miarę dobrze wyposażeni.


Czy obroty zul są też czymś, co wyróżnia je na tle innych małych przedsiębiorstw?

Trudno mi mówić o faktach, ale wystarczy popatrzeć, czym jeżdżą właściciele tych firm, jakie mają domy, jakie mają wyposażenie.


O nadleśniczych też można by mówić podobnie.

Zgoda, ale my próbujemy ocenić sukces finansowy firm leśnych i właśnie tak widzą go pracownicy LP. Tylko w ten sposób mogą ocenić, czy firma ma się dobrze, czy nie. Trudno natomiast mówić, czy tak samo dobrze mają się jej pracownicy. To odrębna historia.

Dla firm leśnych charakterystyczna jest nie tyle wielkość obrotów, co ich stałość. Firmy, które mają zawarte umowy, wiedzą, że nadleśnictwa rokrocznie muszą mieć stałe przychody. Muszą wyciąć i sprzedać drewno. Gdy wytną, muszą odnowić. Zawsze więc, nawet w najgorszej sytuacji finansowej LP, będzie praca.


Ile drewna pozyskuje się u nas pilarką, a ile harwesterem?

Szacuje się w tej chwili, że w Polsce jest ok. 350 maszyn wielooperacyjnych. To oznacza, że jakieś 8–12% masy drzewnej w LP jest pozyskiwane przez harwestery.

Inna rzecz to stopień wykorzystania tych maszyn. Kilka lat temu moja doktorantka ustaliła, że w naszych warunkach jest to jedynie ok. 60%. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Po stronie LP to głównie niechęć leśniczych, która wyraża się w słynnym już stwierdzeniu: dopóki ja tu jestem leśniczym, to wysokie koła do mego lasu nie wjadą. Mentalność. Poza tym brak szlaków zrywkowych, świeże przepisy dotyczące drewna kłodowanego, jego pomiar przy pomocy urządzeń na harwesterze.

A po stronie firm znów duża awaryjność harwesterów, gdyż są to najczęściej maszyny z drugiego obiegu, wyeksploatowane.


W warunkach skandynawskich są firmy, które specjalizują się w pielęgnacjach czy sadzeniu. Zatrudniają setki osób, operują na znacznej części kraju. Czy w Polsce mamy szanse na takie firmy?

Tak, tam, gdzie nadleśnictwa wyłączają w pakietach pozyskanie. Siłą rzeczy musi powstać firma, która zrobi całą resztę, czyli głównie hodowlę.


Z jakich środków inwestują firmy leśne? Własnych czy też z pożyczek?

Można zaobserwować, że firmy leśne starają się oszczędzić środki własne, a jeśli biorą pożyczki, to od rodziny, przyjaciół. Sposób bardzo tradycyjny, ale i bezpieczny. W ostatnim czasie też leasing.


W co się inwestuje?

Głównie w środki techniczne, i to niestety najczęściej używane.


A inwestycje w pracownika? Taka kategoria istnieje?

Coraz częściej firmy wysyłają pracowników na szkolenie operatorów maszyn i urządzeń. Jest, wiadomo, duża konkurencja.


Podaje Pan, że od 2010 r. wskaźnik konkurencji przekroczył 100%. Co to znaczy?

To oznacza, że średnio na 100 pakietów przedstawionych przez nadleśnictwa do przetargu zgłosiło się ponad 100 firm. Jak firmy reagują na coś takiego? Obniżają cenę lub idą w kierunku wydajnego sprzętu. Bywa niestety tak, że ten sprzęt jest wtedy w niewielkim stopniu wykorzystany. W Polsce panuje wyraźny nadmiar mocy produkcyjnych firm leśnych. Pracy dla istniejących harwesterów po prostu nie ma. Przyczyna leży też po stronie LP, bo mało jest pakietów specjalistycznych. Dzielenie pakietów na
specjalistyczne wymagałoby większego zaangażowania w kontrolę po stronie LP. A tak leśniczy rozmawia z jednym wykonawcą od wszystkiego.


Koncentrację firm widać także po wielkości zlecenia. Z Pańskiej książki wiem, że od 2005 r. do 2012 r. kwota pojedynczego zlecenia wzrosła dwukrotnie.

Zwiększa się pakiety, a przez to firmy się rozrastają i umacniają.


Ale dlaczego pakiet na terenie RDLP w Poznaniu wart jest średnio ponad 1,5 mln zł, a pakiet w dyrekcji toruńskiej wart jest ćwierć miliona?

Wydaje się, że w poznańskim jest to efekt działalności i nacisków Stowarzyszenia Przedsiębiorców Leśnych. Tam pakiet to nierzadko całe nadleśnictwo. W toruńskim to jedno, dwa leśnictwa. Takie niewielkie pakiety spotyka się też na terenie RDLP w Szczecinku. Działa tam stała liczba firm, ok. 550 w całej RDLP, i przyjęto taką strategię, żeby te wszystkie firmy utrzymać.


To ciekawy przypadek, bo akurat na terenie tej dyrekcji są nadleśnictwa o rekordowym w skali kraju pozyskaniu.

Tam jest chyba jeszcze problem społeczny. Zapytałem kiedyś, dlaczego tamtejsze firmy nie zrzeszają się. Odpowiedź była taka: brak lidera, który byłby w stanie poprowadzić większą firmę. W Wielkopolsce od zawsze panuje inny klimat biznesowy, a ta część Pomorza to w dużej mierze tereny popegeerowskie, ludzie o słabszym przygotowaniu do prowadzenia działalności na większą skalę. Tam firmę tworzy najczęściej rodzina.


W książce stawia Pan ciekawy wniosek, że wysokość stawek nie ma związku z kondycją finansową nadleśnictwa.

Prawda? Wydawałoby się, że nadleśnictwa tzw. towarowe powinny dobrze płacić. Okazało się, że nie. Wszystko reguluje rynek i tam, gdzie jest praca, tam jest konkurencja. W takich nadleśnictwach do przetargu przystępuje dużo firm, również z dalekich okolic. Oferty są coraz niższe i nijak się mają do kondycji finansowej nadleśnictwa.

Wraz z rozwojem umaszynowienia coraz częściej słyszy się o logistyce pozyskania.

Tak jest. Koszty transportu istotnie determinują dziś dalszy rozwój firm leśnych. Dowożenie pracowników i maszyn do miejsc pracy jest drogie. Dlatego w terenach górskich mamy małe firmy. Jeżeli czas dojazdu i powrotu przekracza 2 godz., firma najczęściej nie podejmuje zlecenia. Czas pracy robotnika w listopadzie czy grudniu zaczyna być zbyt krótki, by firmie opłacało się go angażować. Ogranicza nas szerokość geograficzna. Oczywiście rozwiązaniem, poprawiającym efektywność pracy wysokowydajnych maszyn leśnych, może być tu praca na półtorej lub dwie zmiany.


Czasem, gdy słucha się niektórych przedsiębiorców leśnych, można odnieść wrażenie, że największą przeszkodą są same LP.

W naturze każdego przedsiębiorcy leży narzekanie na niskie stawki. To normalne i powszechne. Jedną z podstawowych zasad sztuki negocjacji jest: nigdy nie pokazuj, że jest ci dobrze. Druga strona uzna wówczas, że zrobiła zbyt dużo ustępstw i będzie kłopot z uzyskaniem czegokolwiek więcej.

Coraz więcej mówi się o potrzebie licencjonowania firm pracujących. Jego wprowadzenie byłoby korzystnym ruchem ze strony LP. Firmy dobre, uczciwe, wydajne są mocno zainteresowane certyfikacją. Ale pod warunkiem, że będzie to jedno ze znaczących kryteriów oceny ofert. Musi istnieć motyw zysku, firma nie jest instytucją charytatywną.


Okres zawierania umów na usługi – to też ruch po stronie LP.

Są zalety, ale są i wady. Umowy wieloletnie są korzystne dla firm, które wygrywają przetarg w okresie trwania zlecenia. Mają możliwość gromadzenia funduszy na rozwój przez te trzy lata, dostęp do kredytu. Pewność rośnie. Ale proszę zauważyć, co będzie się działo za rok, dwa, gdy tylko niektóre nadleśnictwa rozpiszą przetargi. Do mniejszej liczby pakietów wystartuje więcej firm. Walka będzie ostra, a stawki spadną.


Z punktu widzenia zamawiającego chyba nie najgorzej, ale rozumiem, że firmom oczekującym dłuższych umów brakuje świadomości, że jeśli się na nie nie załapią, to po zakończeniu kontraktu czeka je ostrzejsza walka.

Tak jest. Widać prostą zależność między długością umów a wskaźnikiem konkurencyjności. Gdzie jest najwyższy?


W Łodzi?

Zgadza się, bo tam nadleśnictwa najpowszechniej zawierają umowy wieloletnie. Podobnie jest na terenie RDLP w Poznaniu.

Chociaż nadleśnictwa, które powstrzymują się przed zawieraniem umów wieloletnich, tłumaczą to tym, że nie wiedzą, jaka sytuacja będzie na rynku drzewnym. Umowa wieloletnia obliguje, żeby co roku negocjować wysokość stawek, ale jednak dać pracę. A jak się okaże, że jest jakiś krach na rynku drzewnym?


A jednolitość dokumentacji przetargowej?

To też jest do unormowania, z korzyścią dla obu stron. Jednak pracownicy nadleśnictw w większości jeszcze nie bardzo są przygotowani do tworzenia SIWZ.


Wspólne planowanie pracy to według Pańskiej książki taki ideał.

I tak się dzieje w szeregu nadleśnictw, gdzie od wielu lat zatrudnia się lokalne firmy. Relacje między stronami są doskonałe. Przed planowaniem firmy kontaktują się z nadleśnictwami i ustalają np. kumulację powierzchni pozyskaniowych. To korzyść dla obu stron: niższe koszty dla firm leśnych i łatwość kontrolowania dla służby leśnej LP. Wiele jest pozytywnych przykładów współpracy, również planowania rozwoju firmy, gdy nadleśnictwo informuje np. o perspektywie zwiększonego pozyskania jakiejś grupy sortymentów.

Rozmawiał: Rafał Zubkowicz